Robert Ostaszewski. Sherlock Holmes z Górnego Śląska

Robert Ostaszewski to pisarz, dziennikarz i krytyk literacki. W rozmowie z KolorowePtaki.com zdradza szczegóły pracy współczesnych policjantów, a także opowiada o tym, czy Borys Budka był protoplastą jednego ze złych bohaterów jego ostatniej książki. Wreszcie Robert Ostaszewski mówi o najnowszej powieści, która ukaże się 12 listopada “Ukochaj na śmierć”. Czym były Polenlagry? Kto umierał w powojennych obozach koncentracyjnych rozlokowanych na obszarze Górnego Śląska? Dlaczego nikt tych historii nie opowiedział do dziś?

  • Moim zdaniem, krytyka literacka w naszym kraju już prawie nie istnieje. To co pojawia się w sieci, czy w gazetach już nie specjalnie ma coś wspólnego z prawdziwą krytyką. Zazwyczaj są to jakieś opinie lub ukryte promocje”.
  • “Historia powojennych obozów na Górnym Śląsku jest bardzo skomplikowana. Umieszczani byli w nich głównie Ślązacy, ale także Holendrzy, Francuzi i oczywiście Niemcy. Zginęło w nich tysiące ludzi“.
  • “Mam taki zamysł, żeby w moich książkach oprócz intryg i zagadek kryminalnych, pojawiały się też motywy nawiązujące do historii Górnego Śląska. Stąd wątek Grupy Janowskiej poprzedni i obozu na Zgodzie w Śmiętochłowicach teraz”.

Piotr Kaszuwara, KolorowePtaki.com: Dziennikarz, pisarz i krytyk literacki. Jak to połączyć ze sobą? Funkcjonuje taka opinia, stara zresztą jak świat, że krytykiem zostaje ten, komu w sztuce nie poszło.

Robert Ostaszewski, pisarz: W moim przypadku, od blisko 25 lat, zawsze działo się to równomiernie. Choć rzeczywiście, ta dyskusja co jakiś czas powraca. Czy ktoś, kto pisze powinien też pisać o twórczości innych? U mnie nie stoi to w żadnej sprzeczności. Pomijam całkowicie, że moim zdaniem, krytyka literacka w naszym kraju już prawie nie istnieje.

Dlaczego?

To co pojawia się w sieci, czy w gazetach już nie specjalnie ma coś wspólnego z prawdziwą krytyką. Zazwyczaj są to jakieś opinie lub ukryte promocje.

No to porozmawiajmy w takim razie o twojej twórczości. Kryminał, to ten rodzaj literatury, w którym od jakiegoś czasu się odnajdujesz. Policja, śledztwa i trupy.

Trudno nazwać to odnajdywaniem się. Ja kryminały czytam od zawsze, ale pisanie ich zaczęło się trochę z przypadku. Kiedyś z Martą Mizuro zastanawialiśmy się, czy jesteśmy w stanie napisać kryminał. Okazało się, że tak i na tyle mnie wciągnęło, że wydaje właśnie kolejną tego typu książkę. Muszę dodać, że w naszym kraju jest tak, że kryminał od kilku dobrych lat, przejmuję rolę zwykłej powieści realistycznej. Tak też staram się pisać. Opowiadać o tym, co się wokół mnie dzieje. Oprócz więc intryg i trupów jest też opisywanie otaczającego nas świata i to mnie bardzo pociąga.

Akcja ostatniej książki, o lekko psychopatycznym tytule „Zabij ich wszystkich” dzieje się w samym sercu Katowic. Na Nikiszowcu, który kiedyś był owiany bardzo złą sławą, a dziś prezentuje się zupełnie inaczej.

Zacząłem umieszczać akcje moich kryminałów na Górnym Śląsku, bo Ślązacy nie mają ich jakoś spcjalnie dużo. Śląsk od lat jest dla mnie takim trochę przyszywanym domem i ulubionym regionem w Polsce. Przez ponad 20 lat, od kiedy jestem z nim związany, poznałem Ślązaków, poznałem tę część kraju i mam nadzieję, że to przekonuje też czytelników.

To właśnie z Nikiszowca wywodzą się artyści Grupy Janowskiej. Znani też jako śląscy prymitywiści, których obrazy można oglądać np. w Muzeum Śląskim. Oni też mają swój epizod w „Zabij ich wszystkich” a mam wrażenie, że kiedy pojawiają się oni, to zaczyna się robić co najmniej dziwnie, mistycznie, tajemniczo. Ostatecznie w książce żaden młodzieniec nie musi być poświęcony wyższym celom.

Pojawiają się właśnie obrazy Grupy Janowskiej i bardzo ważną postacią jest Teofil Ociepka. Jak zauważyłeś, nie są oni główną osią powieści, ale dzięki nim wprowadzamy czytelnika w pewien specyficzny nastrój Nikiszowca.

Jak zbierasz dokumentację do książek? Rozmawiasz z ludźmi, dokładnie odtwarzasz miejsca? Śledzisz akta? Przesłuchujesz policjantów? Bo dodajmy, że twoje opowieści nie wydarzyły się naprawdę. To fikcja literacka.

Podchodzę do tego dość pragmatycznie. Niektórzy uważają, że trzeba sprawdzać dokładnie wszystko. Każdy zakręt, uliczkę, wygląd budynków. Ja myślę, że to nie do końca potrzebne, jeśli nie chcę wprowadzać opisu np. konkretnej kamienicy. Wiem, że ludzie lubią doszukiwać się różnych odniesień do rzeczywistości, ale w „Zabij ich wszystkich” wszystko jest wymyślone od początku do końca.

Jest jednak jedna zabawna historia dotycząca kluczowej i jednocześnie złej postaci. Postać ta ma na nazwisko Budka. Wiele osób pytało mnie, dlaczego akurat to nazwisko i dlaczego akurat on jest zły. Wymyśliłem to przypadkiem, a dopiero później okazało się, że tak samo nazywa się jeden z prominentnych polityków Platformy Obywatelskiej. Wyjaśniam więc – nie mam nic do niego (śmiech). To nauczka, że z fikcją też trzeba uważać.

Wniosek więc taki, że wszyscy bohaterowie powinni nazywać się „Kowalski” i wtedy co najwyżej kojarzyliby się z pingwinami z Madagaskaru. Nie mniej jednak, wracając do treści. Bliżej ci do detektywa Poirot, czyli od ogółu do szczegółu, czy do Sherlocka Holmesa, a więc od szczegółu do ogółu? Dedukcja, czy indukcja?

Powiedziałbym, że moim bohaterom nie jest blisko ani do jednej, ani do drugiej metody. Oni zachowują się i rozwiązują śledztwa tak, jak mogliby to robić po prostu współcześni policjanci. Wygląda to więc trochę inaczej niż w przypadku jakichś samotnych detektywów. Oczywiście nie oddaję w zupełności procedur policyjnych. Wtedy historia była po prostu potwornie nudna (śmiech).

Trudno mi sobie wyobrazić, żeby nasi prawdziwi policjanci siedzieli nad jakąś sprawą po godzinach. Mogę też tylko podejrzewać, że nie każdy policjant, tak jak bohater książki – Edward – zabiera na miejsce zbrodni swoje dziecko.

Absolutnie nie. To byłoby złamanie wszelkich procedur, a tego jak wiadomo robić nie wolno.

Gdzie więc będzie działa się akcja kolejnej książki „Ukochaj na śmierć”? Znowu Katowice?

Tym razem przeniesiemy się do Świętochłowic. Miasto bardzo specyficzne. Miasto, które całkiem niedawno omal nie zbankrutowało. Mam taki zamysł, żeby w moich książkach oprócz intryg i zagadek kryminalnych, pojawiały się też motywy nawiązujące do historii Górnego Śląska. Stąd wątek Grupy Janowskiej w poprzedniej, a tym razem przypomnimy o obozie pracy na Zgodzie. Działał on w 1945 roku i jest to taka mroczna część historii Śląska w okresie powojennym. Tego typu obozów w regionie działało wiele. Część z nich miała w zasadzie charakter obozów koncentracyjnych. Takim też był obóz na Zgodzie. Zginęło tam tragicznie tysiące ludzi.

To na Górnym Śląsku funkcjonowały też tzw. Polenlager, czyli obozy przeznaczone wyłącznie dla Polaków. To jednak wcześniej, w czasach II wojny światowej.

Tak, natomiast historia powojennych obozów jest równie skomplikowana. Umieszczani byli w nich głównie Ślązacy, ale także Holendrzy, Francuzi i oczywiście Niemcy. Byli tam też wreszcie i ci, którzy z jakichś względów, czasem przypadkowo, nie spodobali się władzy komunistycznej. To taka historia, o której na Górnym Śląsku wciąż nie koniecznie chce się mówić.

Joanna Lamparska, kiedy skończyła pisać swoją książkę o dolnośląskim obozie Gross Rosen w Rogoźnicy pt. „Imperium małych piekieł”, zadzwoniła do mnie i powiedziała: Piotr. W końcu mogę normalnie spać.

Bo to są okropne historie. Tragiczne. Ludzie, którzy to przeżyli jeszcze żyją. Jeśli nadal mówimy o obozie na Zgodzie w Świętochłowicach. Mimo to, do niedawna mało kto wiedział, co się tam w ogóle działo. Ludzie o tym słyszeli, że były jakieś obozy pracy, ale nikt szczegółów nie znał.

Obejrzyj także:

Piotr Kaszuwara

Dziennikarz. Od wielu lat współpracownik wielu polskich redakcji. Między innymi Polskiego Radia we Wrocławiu, Programu 1, 2 oraz 3 Polskiego Radia, Money.pl, Polsat News i Onet.pl,.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *