Przekleństwa to przyszłość internetu. “K…a” ma już ponad 40 znaczeń

Piotr Kaszuwara: W internecie przeklinają wszyscy, czy tylko Polacy?

Prof. Michael Fleischer, filolog, współautor Słownika polszczyzny rzeczywistej: Generalnie w Polsce ludzie dużo przeklinają. W związku z tym w internecie nie klną więcej niż gdzie indziej, a w porównaniu z Europą wulgaryzmów używamy faktycznie dużo więcej. Tam stosuje się je po prostu w formie przekleństw, żeby wyrazić jakąś emocje, podkreślić coś. Natomiast w Polsce stały się stałym elementem języka. Ludzie, dla których k… to co drugie słowo, nie widzą w nim przekleństwa. Z pozostałymi na p, na ch, na j dzieje się podobnie. Problem w tym, że istnieją kręgi polonistów, intelektualistów, które uznają, że trzeba mówić ładnie i że właśnie to ich język jest standardowy. Wcale nie. Standardowe jest to, czego używają wszyscy. Ci profesorowie też klną, ale prywatnie.

Może kiedy mówimy, to faktycznie umyka nam, że przeklinamy. Jednak gdy piszemy coś w internecie, to dobrze widzimy wystukane na klawiaturze słowa. Gdy mówimy, nasze słowa ulatują, ale napisane już zostają.

I wołają o pomstę do nieba, ale ludzie nie zmieniają języka w internecie. Nikt nie używa jednego języka w życiu prywatnym, a drugiego w sieci. To zupełnie nierealistyczne założenie. Dowcip polega właśnie na tym, że te osoby mówią po swojemu. Po napisaniu wygląda to faktycznie gorzej, bo jesteśmy przyzwyczajeni, że przekleństwa występują tylko w języku mówionym albo w literaturze, gdy chcemy w ten sposób bohaterowi nadać jakiś specyficzny charakter, na przykład przedstawić go jako dresiarza. Poza tymi sytuacjami, przekleństwa w piśmie są zabronione, tak jak na przykład w reklamie. Stąd nasze zdziwienie, kiedy nagle widzimy je w internecie, bo na co dzień ich nie dostrzegamy.

W sieci jednak każdy może przyjąć taką tożsamość jaką chce. Kiedy przemieszczamy się pomiędzy różnymi stronami, to często dostosowujemy własne wypowiedzi do charakteru witryn, na jakich obecnie jesteśmy. Istnieją facebookowe profile, które są niemal stworzone tylko po to, by móc na nich przeklinać, jak Won do piekła k… wściekła czy No co ty p…isz?. Według najnowszego raportu Brand24, to fanpage, które generują najwięcej przekleństw w polskim internecie.

Taka ich specyfika. Mamy natomiast jeszcze zjawisko tak zwanych shitstorm, czyli zanik obyczajów z chwilą, kiedy jestem anonimowy. Nie sądzę jednak, żeby taka zasada funkcjonowała również na okoliczność przeklinania. Widzę, że w Polsce ludzie na ulicy już się nawet z tym nie kryją. Nasza praca nad Słownikiem polszczyzny rzeczywistej polegała na tym, że nagrywaliśmy żywe rozmowy na ulicy. Nikt nie udawał, nie mówił: uwaga, teraz będę przeklinał i będzie to coś specyficznego. Nie sądzę więc, że w internecie zmieniamy się językowo.

Kiedyś przeklinano głównie na forach internetowych, gdzie użytkownicy byli ukryci pod zaszyfrowanymi nickami. Dziś wulgaryzmów jest najwięcej na portalach społecznościowych, gdzie każdy podpisany jest z imienia i nazwiska.

Kiedyś słowo kobieta oznaczało tę, która pasie świnie. Ładnym określeniem było natomiast białogłowa. Dziś kobieta jest normalnym, neutralnym słowem. Może mamy dziś do czynienia z podobnym procesem językowym i tego typu słowa na k, p, j czy ch wprowadzamy do języka. Na Zachodzie też wszyscy mówią shit, bullshit, francuzi na potęgę mówią merde. To słowa, które na stałe weszły do języka, a jako przekleństwa wymyśla się coś innego.

Wyobraża Pan sobie taką sytuacją, że przy wyjściu ze sklepu mówimy do ekspedientki: Dziękuję, sp…m?

Jeśli wyjedzie Pan poza wielkomiejski Disneyland, odwiedzi różne dzielnice, to okaże się, że ludzie tak właśnie mówią. W sklepie też. Sprzedawczyni jeszcze nie, bo musi spełniać pewną rolę społeczną, ale publiczność już tak. To trochę science fiction, ale nie wykluczone, że trend językowy idzie właśnie w tę stronę.

Różnica między mówieniem a pisaniem, polega jednak jeszcze na tym, że przekleństwa w internecie rzadko służą nam by wyrazić ekspresję. Częściej przy ich pomocy kogoś po prostu obrażamy. Najczęściej używane słowa to k…a, ch…j, sp…aj, debil, idiota, dziwko, suko, a nie zaj…cie piękne słońce.

Ekonomia językowa. Niech Pan sobie wyobrazi, że piszę komuś: proszę się oddalić. To kosztuje dużo mózgu. Natomiast, jak mówię sp…aj, to wszyscy od razu wiedzą, o co chodzi. Dochodzimy tu jednak to kwestii, która w religii nazywa się duchową ubogością. Trend do zaniżania poziomu pojawia się wszędzie – i w reklamie, i w telewizji, ale nie tylko polskiej. Dlaczego dziś oglądamy rzeczy typu niemieckich Jungle Camp, czyli programy o ludziach, którzy jadą do dżungli i jedzą karaluchy? Chcemy docierać do coraz większej liczby odbiorców, a w tym celu nieodłączne jest zaniżenie poziomu. Nie w sensie negatywnym, lecz apelując do wspólnego mianownika. Stąd te przekleństwa. Reklama też taka jest – dziadowska, więc ludzie zaczynają po dziadowsku mówić. Kiedy z ekranu wszyscy mówią do mnie per ty, a nie per państwo, to w pewnym momencie zaczyna być to chlebem powszednim. Dresiarstwo to pewien trend społeczny, który widać w całej Polsce i Europie. Oni stanowią naprawdę szeroką grupę ludzi, pracującą pod jednym wspólnym mianownikiem, czyli nie wartościując, na niskim poziomie.

Może nie chodzi o ogólny trend, ale o to, że ten niski poziom, reprezentują w internecie specyficzni ludzie, jeszcze bez wykształcenia – gimnazjaliści, licealiści? Młodzi ludzie najczęściej serfują po sieci i to oni w niej żyją. Dlatego może nam się wydawać, że wszyscy klną.

Są tam również profesorowie i różne inne typy osób. Zaniżanie poziomu jest bardzo fajne, bo nie wymaga myślenia. Zaniżanie poziomu polega na tym, że pracujemy małym nakładem kognitywnym słownictwa. Obniżamy repertuar stosowanych środków. Dlaczego? Bo każdy to zrozumie. Internet jest właśnie tym wspólnym mianownikiem, o którym mówię, bo to miejsce gdzie opinia publiczna znajduje swój kanał przekazu, a jeśli mam dotrzeć do wszystkich, muszę mówić prosto.

Mimo to przeklinanie jest nadal postrzegane jako nielegalne. Według raportu Brand24, najczęściej wulgarne treści pojawiają się między godziną 21 a 24, czyli późno, w godzinach konspiracyjnych. W ciągu dnia raczej mało przeklinamy w sieci.

Raczej wynika to po prostu z tego, że właśnie w tych godzinach ludzie siedzą w internecie, ponieważ w ciągu dnia nie mają czasu. Ja też tak robię. Tego typu raporty mają to do siebie, że traktują takie słowa, jak przekleństwa, jako coś złego. Tymczasem są one po prostu zwykłymi środkami językowymi.

Profesor Ewa Jędrzejko, z Uniwersytetu Śląskiego powtarza, że musimy być jak motyle, barwni językowo, a żadne słowo nie może być dla nas obce. Prowadzi nas to jednak w niebezpieczne rejony. Myśli Pan, że fajnie by było gdyby wszyscy naokoło klęli?

I tak klną. Wszyscy klną. W związku z tym nikt tego nie zauważa. Kiedy dawno temu przyjechałem do Polski, a jakiś młodzieniec w autobusie coś takiego palnął, to jakaś babcia mu zwróciła uwagę i przestawał. Teraz, gdy jeżdżę autobusami, nikt na to nie reaguje. Język się zmienia, ludzie się zmieniają. Ludzie na ulicy nie przywiązują się do tych słów i dlatego przestały one być przekleństwami. Proszę sobie wyobrazić, że słowo na k, spełnia dziś ponad 40 funkcji. Nie ma przekleństwa, które miałoby ich tyle. Ma jedną – jest przekleństwem. Ludzie używają tego jako przecinka, emotikonu językowego, zamiennika, jokera językowego. Kiedyś mówiło się po prostu yyyyy albo euuughmmmm dziś mówi się k…a. Tak samo dzieje się w piśmie.

Przerażająca wizja.

Jeśli uznać te słowa za przekleństwa, to rzeczywiście przerażająca.

Jeśli stałyby się normą, to w pewnym momencie zaczęlibyśmy słyszeć je też w programach publicystycznych w telewizji. Wyobraża Pan sobie poranek w TVN: no to k…a na początek j… my przegląd prasy?

Pan Tomasz Lis tak mówi, pani Monika Olejnik też. Tylko na razie obowiązują ich pewne reguły, które komitet etyki mediów, językoznawcy – Jerzy Bralczyk, Jan Miodek – jeszcze kontrolują. Kiedy pytam ich, czy wolno tak mówić, twierdzą, że nie. Przykład z wyrazem kobieta pokazuje coś innego. Nie po 5 czy 10 latach, ale po 100 każde przekleństwo może stać się normalnym słowem.

Czyli powinniśmy na ten trend przystawać bez oburzenia?

Każdy ma swój rozum. Ja takich słów nie używam, bo zubaża mi to język i środki wyrazowe. Kiedy robię wykład, piszę książkę albo rozmawiam zawodowo z kolegami, potrzebujemy bogatszego zasobu słów, bo daleko nie zajdziemy. Natomiast w sytuacji kupowania piwa, serka lub normalnej rozmowy, już go nie potrzebujemy. Wystarczą cztery słowa.

Powinno się więc usuwać komentarze pod artykułami, które zawierają wulgaryzmy? W końcu wiele z nich staje się istotną częścią tekstu. Czasem nawet bardziej emocjonującą niż sama publikacja.

To kwestia polityki językowej obranej przez dane media. Na razie. Te słowa jeszcze są przaśne, więc zazwyczaj je usuwamy, ale według mnie w końcu przestaniemy. Tym bardziej, że coraz ważniejszym od treści jest przyciąganie uwagi. Teraz robi się to sensacyjnie brzmiącymi tytułami, a w przyszłości może przekleństwami.

Czy dyskusja publiczna nie powinna mimo wszystko trzymać się pewnych standardów?

Oczywiście, że tak, ale jest to kwestia ścierania się typów funkcyjnych języka. Dyskusje publiczne służą temu, że dzięki nim procesuje się język. Możemy rozmawiać o przekleństwach albo o niebieskich migdałach. Ważne, żebyśmy rozmawiali. Na razie negocjujemy sposoby komunikacji w temacie: przeklinać czy nie przeklinać.

Nie powinniśmy więc walczyć o piękną polszczyznę?

Powinniśmy. Ja też walczę. Kiedy nie mamy odpowiedniego języka, żeby coś wyrazić, to i myśleć zaczynamy ubogo. Zawsze z czymś walczyliśmy. Za baroku z klasycyzmem, za klasycyzmu z romantyzmem, a my walczymy z takim wyrażaniem się. Ja mam nadzieję, że nasze kręgi wygrają i nie będziemy tak przeklinać, ale możemy także przegrać. Nie jestem za tym, by przestawać walczyć, ale trzeba przestać to demonizować. Ja nie będę tak mówił i jeśli komuś się to nie podoba, to niech też tak nie mówi. Albo ignorujmy tych, którzy używają wulgaryzmów. Nie dyskutujmy z nimi na forach. Jeśli zmienią słownictwo, to możemy z nimi rozmawiać. Rożne są sposoby, ale przegranie w tej walce nie jest niczym strasznym. To naturalne procesy, które i tak będą się toczyły. Reklama mówi dziś do wszystkich na ty i już nikt się nie oburza, choć początkowo też nie chciano się na to godzić.

Na pewno cel jest też stricte praktyczny. Kiedy ktoś mówi do mnie bezpośrednio, to i bezpośrednio odbieram to, co mówi. Komunikat lepiej do mnie dociera, bo czuję, że mówi konkretnie do mnie, a nie do wyimaginowanego ogółu.

Pokazuje to chamstwo tych państwa, którzy nie potrafią kulturalnie rozmawiać, a bierze się to z Ameryki, jak wszystko w Polsce. Amerykanizacja Polski jest dziś gigantyczna. Twórcy reklam źle zrozumieli You. Tam ten wyraz oznacza Pani/Pani, tak jak u Rosjan “Wy” nie oznacza polskiego wy, a Państwo. Przejęli zwyczaj jeden do jednego z angielskiego nie zrozumiawszy, że You występuje w dwóch funkcjach.

Może my jesteśmy nawet trochę dumni z naszego k…a? Chętnie uczymy tego wyrazu obcokrajowców, którzy później też nad wyraz ochoczo go używają.

Łatwo im to przychodzi, bo to słowo, którego Polacy używają najczęściej. Nie ma określonego znaczenia i pojawia się w różnych miejscach, tak jak merde czy fuck. Dlatego łatwo wpada w ucho i w pamięć. Jak wszystkie dzieci, tego uczymy się najpierw. Dzieci też najchętniej uczą się tego, co zabronione i brzydkie. Brzmi to zabawnie więc i koledzy z Zachodu chętnie to powtarzają.

Czyni to z nas barbarzyńców na tle Europy. Kiedy mówi się o Polakach, to zaczyna się od znajomości słowa k…a. Ewentualnie na zdrowie. Gdy rozmawiamy o Amerykanach, to nie mówimy, że najczęściej mówią fuck albo że Niemcy często mówią Scheiße.

Trzeba było sobie nie robić takiej opinii. Nie ma co się jednak oszukiwać, że do krajów ościennych jadą ludzie, którzy są z kręgów dresiarskich. Jadą na saksy. Do Polski też trafiają np. Hindusi, ale są to zazwyczaj programiści, informatycy, czyli ludzie wykształceni. W związku z tym jakoś żadne z ich brzydkich słów się do nas nie przedostaje. Polscy naukowcy też są za granicą, ale ich się nie słyszy, bo najczęściej znają język. Tych, którzy pojechali do roboty już tak, bo mówią po polsku.

Zrównujemy jednak niewykształconych dresiarzy z całą paletą ludzi, którzy serfują w internecie i też klną. Oni przecież dresiarzami nie są.

Są. Tomasz Lis jest dresiarzem, Monika Olejnik jest dresiarzem, Jarosław Kaczyński jest dresiarzem. Nie chodzi o to, że biegają w dresie. Chodzi o pewien typ mentalności, która wychodzi od twierdzenia, że świat jest prosty. Ma dla nich dwie wartości: albo dobro albo zło. To są dresiarze. Są oni bardzo mocno rozpowszechnieni w populacji. Nie tylko polskiej. Klasycznym dresiarzem jest np. były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder. Tak się zachowuje, tak mówi.

Proste słowa i prosta mowa może mieć pozytywny akcent. Kiedy mówimy do siebie w taki sposób, to znaczy, że się nie boimy. Ufamy rozmówcy, jesteśmy z nim blisko. Nie przeklinamy przecież od razu przy ludziach, których nie znamy. Można więc powiedzieć, że wulgaryzmy nas zbliżają.

Mogą też służyć prowokowaniu. Mam kolegę, który lubi poprzeklinać przy kawie i przy rozmowach o życiu, by właśnie sprowokować rozmówcę. Natomiast gdy czytam jego książki, to jego polszczyzna mnie zachwyca. Ma przepiękny, barwny styl i gigantyczne kompetencje językowe. Dlatego i przekleństwami potrafi się bawić. Natomiast w pewnych kręgach jest to po prostu normalny język. Te kręgi są coraz szersze i to mnie niepokoi. Będę z tym walczył, ale myślę, że przegram.

Wywiad był publikowany w serwisie Interaktywnie.com w 2013 roku.

Piotr Kaszuwara

Dziennikarz. Od wielu lat współpracownik wielu polskich redakcji. Między innymi Polskiego Radia we Wrocławiu, Programu 1, 2 oraz 3 Polskiego Radia, Money.pl, Polsat News i Onet.pl,.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *