Maciej Masztalski: “Od 600 lat teatr się nie zmienił. Teraz mężczyźni będą zwłokami”

Maciej Masztalski opowiada w rozmowie z KolorowePtaki.com o swojej najnowszej sztuce pod tytułem “Śledztwo”. Spektakl inspirowany kryminalną powieścią Stanisława Lema, będzie miał swoją premierę 4 listopada na deskach Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Reżyser odwraca w nim oryginalne role mężczyzn i w ich miejsce wstawia kobiety. – Wymyśliłem to dwa lata temu. Tylko metafizyka sprawiła, że premiera przypada akurat na apogeum Strajku Kobiet. Twórca wrocławskiego teatru Ad Spectatores mówi także, czy wizja kultury Piotra Glińskiego ma szansę stać się rzeczywistością, oraz odpowiada na pytanie, czy za milion złotych stałby się propagandystą.

Piotr Kaszuwara, KolorowePtaki.com: Ryzykant, wizjoner, a może dziecko – bo taka była pana pierwsza rola w życiu w Wielkim Teatrze Świata? Które słowo pana najlepiej definiuje?

Maciej Masztalski, reżyser teatralny: Pytanie jest dla mnie proste. Dziecko. Jeśli mam wybierać z tych trzech. Jeśli miałbym wskazać główny powód tego dlaczego zacząłem budować niezależny teatr, to jest to zachowanie dzieciństwa. Całe bowiem dzieciństwo spędziłem w teatralnych kulisach w Teatrze Witkacego w Zakopanem, który jako scenografka współtworzyła moja mama Ewa Beata Wodecka. W związku z tym, że był to teatr tworzony od podstaw, to trzeba było na to dużo czasu. Nie bardzo było, co ze mną zrobić, więc najczęściej przebywałem w kulisach. Zresztą do dziś stanie w kulisach, to jest to, co najbardziej lubię.

To jakoś wpłynęło na pana postrzeganie świata?

Była tam silna atmosfera Witkacego, to prawda. Na pewno nie ma we mnie nic z górala, ale Stanisław Ignacy Witkiewicz jest mi z pewnością blisko, bo jest dla mnie klasycznym przykładem polskiego surrealisty. W zasadzie w całym kontekście jego twórczości. Ja uważam się za surrealistę i z tego powodu jest mi Witkacy bardzo bliski.

A nazwisko Masztalski, jakoś panu pomagało w życiu?

Nie koniecznie. Żarty tego kabaretu były popularne w latach 80. i na początku lat 90. Dziś to naprawdę rzadkość, żeby ktoś mnie w ten sposób kojarzył.

Rozumiem, że teatr był dla pana naturalną życiową drogą. Chociaż wydawać by się mogło, że prywatna scena teatralna to gorszy biznes niż np. firma logistyczna, czy choćby sklep z wegańska żywnością.

Przyznam się, że my pierwsze przedstawienie zrobiliśmy po to, żeby koledzy, którzy chcieli zdawać do szkół teatralnych na wydziały aktorskie, mieli jakieś doświadczenie w publicznym wystąpieniu. Na tym polega egzamin, że staje się przed komisją i się gra. Dlatego, że oni takich doświadczeń nie mieli, to postanowili je sobie zrobić. Później zrobiliśmy drugie i trzecie przedstawienie.

Następnie jeden z kolegów dostał się na ten wydział aktorski we Wrocławiu i sformułował pierwszy skład zespołu. To lata między 2000 a 2001. Potem było stowarzyszenie, kolejne przedstawienia, biletowanie, ale na początku, przez blisko cztery lata chodziło tylko o granie. Nikt niczego nie oczekiwał. Nie mieliśmy strategii. To nie miała być firma, która miała przetrwać długo. Nikt się nie zastanawiał nad tym co będzie jutro, co będzie za tydzień, czy za miesiąc.

Tak minął rok, dwa, aż w końcu dwadzieścia. Ad Spectatores doczekało pandemii koronawirusa i dużych zmian w kulturze. Dotacje z urzędu miejskiego pewnie pomagają, ale czy uda się przetrwać ten trudny okres?

Ci którzy mają zapewnione finansowanie, tak jak my, przetrwają. Jeśli pyta pan natomiast, czy teatr w ogóle może tego wszystkiego nie przetrwać i umrzeć, to jest to niemożliwe.

Ad Spectatores, czy teatr w ogóle?

W ogóle. Pandemia będzie trwała może krócej, może dłużej, ale to niczego nie zmieni. Nie będzie tak, że sieć wypchnie teatr albo wypchnie teatr do sieci. Nie ma szans.

Maciej Masztalski
fot. Edgar de Poray

Pewne próby były już dawno. Jedne z pierwszych, kilka lat temu podejmował choćby Paweł Passini.

My też je podejmowaliśmy. Nasz teatr online nie polegał jednak na tym, żeby po prostu streamingować przedstawienia. Poszliśmy drogą trzecią, czyli chcieliśmy realizować sztuki na zasadach teatru telewizji, ale na żywo do internetu. To jest coś innego niż teatr, choć zachowuje jego ducha, ale też jest to coś zupełnie innego niż film. Można o tym rozmawiać, gdyby traktować to poważnie, ale w przypadku pandemii nikt nie potraktował tego w ten sposób. Wrzucano do sieci po prostu nagrania spektakli, co jest moim zdaniem bez sensu i donikąd nie prowadzi.

To jakie są pana zdaniem dziś potrzeby teatru i widzów? Jakie będą niedługo?

Z teatrem jest tak, że on zmienia się bardzo szybko, więc stosunkowo szybko starzeją się przedstawienia. Zmienia się w takim tempie, jak zmienia się ulica, język, czy skojarzenia. Teatr jako forma żywa, reaguje na to najszybciej. Rzadko kiedy przecież spektakle są grane dłużej niż kilka lat.

Chyba, że Mayday w Teatrze Polskim we Wrocławiu.

To zdecydowanie wyjątek, bo teatr generalnie jest od tego, żeby pędzić za rzeczywistością.

Jak w takim razie dziś, w czasie pandemii, dotrzeć do widzów?

Bardzo fajny tekst na ten temat napisał Łukasz Drewniak. On prorokuje, że ludzie przez długi czas będą potrzebowali przede wszystkim rozrywki i czegoś lekkiego. To może być prawda, że teatr przez jakiś czas będzie musiał pełnić funkcję terapeutyczną. Ale nie wiem. Naprawdę nie wiem. W tym całym reżimie sanitarnym mam wrażenie, że spektakle są niezwykłe, bo liczba publiczności jest bardzo mała.

W czasie pandemii chodzenie do teatru to wcale nie jest łatwy wybór, dlatego pojawiają się tam ludzie, którzy tego naprawdę chcą. Dlatego mam zawsze poczucie jakiegoś dużego święta i wdzięczności ze strony widowni, że oto dajecie nam odrobinę normalności.

Reżyseria: Maciej Masztalski

Zdaniem ministra kultury Piotra Glińskiego, teatr i sztuka w ogóle potrzebuje natomiast gruntownej reformy. Jak mówił, sceny zagarnęła tylko jedna grupa artystów i zdominowała narrację. Też pan tak uważa?

(śmiech). Nie wiem, jak komentować słowa ministra, ale domyślam się o co mu chodzi. Sztuka i artyści, to zawsze była grupa ludzi, którzy byli anarchistami, niepodporządkowującymi się systemowi, nienawidzącymi ograniczania swojej wolności. Wydaje mi się więc, że pragnienie ministra jest niemożliwe i jest wręcz zaprzeczeniem idei artysty, wolnego, który nie jest na niczyich usługach. Zdaje się, że to jest jakimś marzeniem pana ministra.

Jak niby jedna część zdominowała drugą? W jaki sposób? Przykładając pistolet do głowy? Pan minister Piotr Gliński jest u władzy pięć lat i dość konsekwentnie wspiera finansowo, jak rozumiem, tę drugą stronę. I co? Przyniosło to jakiś efekt? Oddominowali? Średnio (śmiech).

Ale stary zespół Teatru Polskiego we Wrocławiu przeszedł jednak do podziemia.

To nie tylko zasługa pana ministra, ale też tytanicznej pracy Urzędu Marszałkowskiego. Nie rozumiem też do końca, co oznacza enigmatyczne określenie „jedna ze stron”.

Pewnie chodzi o stronę bardziej lewicową.

Nie zgadzam się z tym nieumiejętnie używanym pojęciem, bo nie wszyscy artyści są lewicujący. Natomiast jeżeli uznamy, że lewicowe jest poczucie wolności czy przełamywanie tabu i boksowanie się z rzeczywistością, to wtedy tak. Artyści tacy właśnie są. Muszą tacy być. Jeśli tacy nie są, to są propagandystami. Po prostu. Nie ważne, której strony. Paradoksalnie, gdyby chcieć określić jako lewicowca, jakąś naprawdę potężną postać w historii ludzkości, to tę listę otwierałby Jezus Chrystus.

Dlaczego pan tak uważa?

Był rewolucjonistą, kazał zabierać bogatom i oddawać biednym, żądał równości. To są do gruntu lewicowe postulaty.

Nie ma pan czasem, mimo wszystko, wrażenia, że czasami rzeczywiście nagrody, konkursy etc. wygrywają ci, którzy choćby jak laureat tegorocznego Silesiusa Konrad Góra, krzyczą na Prawo i Sprawiedliwość, czy jak inni wychwalają pod niebiosa ludzi identyfikujących się ze społecznością LGBT? Generalnie chodzi mi o dominację takiego dyskursu polityczno-opozycyjnego. To nie jest takie po prostu popularne, nabijanie sobie kapitału? Pana to nie męczy czasami?

Mówiąc całkowicie prywatnie, nie jestem zmęczony antypisem. Moim zdaniem tak jak zachowuje się Prawo i Sprawiedliwość, tak nie zachowywał się nikt przed nimi. Normy zostały bardzo mocno przesunięte i to musi wywoływać jakąś reakcję. Jeśli się na coś umawiamy, a ktoś, tak jak dziś w sprawie tzw. kompromisu aborcyjnego, nagle mówi, że jednak to nie obowiązuje, to musi wywoływać opór. Będzie on trwał. Nie odbierałbym tego w kategoriach mody. Jeśli chodzi o LGBT, to jest to w moim odczuciu kwestia pewnych przekonań. Jeśli ktoś ma takie, a nie inne to będzie ich bronił. Nie sądzę, żeby był to jakiś patent na murowany sukces.

Byłby pan w stanie zrealizować takie prawdziwe patriotyczne przedstawienie, w myśl ministra Piotra Glińskiego?

Patriotyzm jest nieustannie definiowany i re-definiowany. Dla mnie patriotyzm jest nieustannym uczeniem się, edukowaniem, pracowaniem na wspólne PKB i płaceniem podatków. Każdy potrafiłby wziąć w rękę biało-czerwoną flagę i śpiewać hymn, ale to jest bardzo prosta ścieżka. To każdy potrafi. To żadna sztuka, no można przecież udawać, że się to świetnie robi, ale budowanie wspólnego dobra, kraju i branie za niego odpowiedzialności. W tym kontekście mógłbym zrobić patriotyczne przedstawienie. Pytanie czy bym chciał.

Nawet za milion złotych?

(śmiech) Takiego propagandowego chyba bym nie umiał.

Podsumowując moje pytania, sądzi pan, że politycy boją się sztuki? Ona w ogóle może istnieć poza dyskursem społecznym?

Chyba to jest niemożliwe. Czy się boją… nie wiem. Nie mam takiego wrażenia, że sztuka mogłaby obalać rządy.

Rewolucja niepodległościowa w Belgii w połowie XIX wieku zaczęła się w Operze.

Myślę, że jeśli tak się działo w historii ludzkości, to musiało to być poprzedzone społecznym nastrojem. Z tego dopiero robiła się jakaś sztuka, która dopiero była tym punktem zapalnym, ale sama w sobie sztuka, chyba nie jest do tego zdolna. Nie sądzę by to odwrotnie działało.

4 listopada na deskach Teatru Współczesnego premiera najnowszej sztuki w pańskiej reżyserii, czyli oparte na powieści kryminalnej Stanisława Lema „Śledztwo”. W rolę pierwotnych bohaterów mężczyzn wcielają się kobiety. To spora zmiana.

Faktycznie zamieniamy wszystkie role męskie na żeńskie, ale nie planowaliśmy tego. Pomysł na tę sztukę narodził się blisko dwa lata temu. Spektakl nie miał być ani manifestem, ani rewolucją. Tak się po prostu złożyło. To wyłącznie kwestia metafizyki. Strajk Kobiet osiąga obecnie apogeum i akurat w tym samym momencie my mamy premierę, ale to zwykły przypadek.

To skąd ten pomysł?

Po pierwsze założenie odwrócenia ról było czysto surrealistyczne. Po drugie kobiety mają w ogóle na świecie mniej możliwości do grania. Mniej jest ról żeńskich. Patriarchat i szowinizm jest mocno i trwale wpisany w naszą kulturę. Wystarczy popatrzeć na obsady sztuk na przestrzeni ostatnich 600 lat. Jest to niebywale konsekwentne. Siedem ról męskich i dwie żeńskie: praczka i babka. Są też wyjątki typu Lady Makbet. To ma swoje konsekwencje w rzeczywistości. Mniej jest miejsc dla dziewcząt w szkołach teatralnych.

Jakie to są różnice?

Jeśli jest np. tysiąc chętnych na dwadzieścia miejsc, to z tego tysiąca siedemset lub osiemset stanowią kobiety. Wcale więc nie jest tak, że jest dwadzieścia osób na jedno miejsce. Ten współczynnik dla panów jest zdecydowanie mniejszy. To ma ogromny wpływ na późniejsze życie zawodowe. Mężczyźni przez to, że mają do wybory więcej ciekawych ról, mają do zawodu podejście lżejsze. Panie traktują to poważniej. Taki był pierwotny powód naszej zamiany. Wiedziałem, że zmieni to wiele w pracy, ale jeśli chodzi o świat to niemal nie różni się on od oryginalnego.

Jacy więc są pani porucznik Gregory, pani inspektor Sheppard, pani posterunkowa Farquaad czy pani doktor Sciss?

Są takie same, jak mężczyźni. Przecież w dzisiejszych czasach już nikogo nie dziwi kobieta premier, minister, czy szef policji. Jedyne na czym mi zależało, to żeby ten ów odwrócony świat nie był światem rewolucyjnym tylko normalnym.

To jakiej płci są odkrywane co jakiś czas trupy?

No zwłokami są rzeczywiście mężczyźni. Żeby był porządek.

Nie boi się pan tych zmieniających się czasów? Psychologowie alarmują, że współcześni mężczyźni nie dają sobie rady w nowej rzeczywistości, coraz częściej przechodzą załamania nerwowe. Trudno nam zaakceptować, że nie jesteśmy już tak potrzebni.

Kompletnie się tego nie boję. Przyznam, że płciowość nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Jeśli natomiast po dwóch tysiącach lat patriarchatu mężczyźni popadają w depresję, to niech się biorą do roboty (śmiech).

Maciej Masztalski
fot. Edgar de Poray

Piotr Kaszuwara

Dziennikarz. Od wielu lat współpracownik wielu polskich redakcji. Między innymi Polskiego Radia we Wrocławiu, Programu 1, 2 oraz 3 Polskiego Radia, Money.pl, Polsat News i Onet.pl,.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *