Mitologia czarnobylska. Historyk ujawnia nieznane dokumenty

– “Muszę przyznać, że nie informowałem wtedy o wielu sprawach i szczerze publicznie tłumaczyłem, dlaczego nie informuję” – opowiada Jerzy Urban, ówczesny rzecznik rządu PRL. – “Biorę za to całkowitą odpowiedzialność” – mówi z kolei były wicepremier Zbigniew Szałajda, który był szefem rządowej komisji ds. Czarnobyla.

Czarnobyl

fot. Gregory Kowalski i Kamil Porembiński / Flickr

35 lat od katastrofy w Czarnobylu, potężna awaria nadal budzi emocje. Powstają na jej temat filmy i seriale. Wydawać by się mogło, że wiemy o niej wszystko. Nigdy jednak nie opowiedziano jej z perspektywy Polski. – Był chaos informacyjny, dezinformacja, ale także unikalne i odważne na skalę zarówno ZSRR i świata działania, jak słynne podawanie płynu Lugola. “Płyn Lugola – ruska coca-cola”, tego typu żarty powstają często do dziś – mówi dr Kamil Dworaczek z Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu. Historyk dotarł do nigdy niepublikowanych dokumentów z prac PRL-owskiej komisji ds. badania skutków katastrofy w Czarnobylu. My dotarliśmy do bezpośrednich świadków tych wydarzeń. – Muszę przyznać, że nie informowałem wtedy o wielu sprawach i szczerze publicznie tłumaczyłem, dlaczego nie informuję – opowiada Jerzy Urban, ówczesny rzecznik rządu PRL. – Biorę za to całkowitą odpowiedzialność – mówi z kolei były wicepremier Zbigniew Szałajda, który był szefem rządowej komisji ds. Czarnobyla.

  • Obudziłem premiera ZSRR Nikołaja Ryżkowa w środku nocy i mówię: My nie znajem, szto zdzieś proszchodziet i skąd ta radioaktywna chmura. Do dziś nie wiem, czy on udawał, czy rzeczywiście miał mało informacji. Odpowiedział: Wiesz Zbigniew, ja też niewiele wiem – relacjonuje były wicepremier Zbigniew Szałajda.
  • Pręty bezpieczeństwa wchodząc do rdzenia, usuwały z niego wodę, wprowadzając grafitowe przedłużacze. To powodowało przejściowy wzrost mocy. Wciskając więc przycisk bezpieczeństwa operatorzy reaktora w Czarnobylu, musieli być w szoku, kiedy w ciągu 14 sekund moc wzrosła 100-krotnie – tłumaczy prof. Andrzej Strupczewski, specjalista Narodowego Centrum Badań Jądrowych.
  • W wieczornym programie serwisu informacyjnego „Wremia” 28 kwietnia 1986 roku można było usłyszeć komunikat o awarii czarnobylskiej, ale była to to dopiero dwudziesta pierwsza informacja w wydaniu. Następnego dnia napisały o tym niektóre gazety ukraińskie, ale przykładowo „Robotniczyja Hazeta” umieściła komunikat pomiędzy wynikami meczów piłkarskich a relacją z turnieju szachowego – relacjonuje wyniki swoich badań dr Kamil Dworaczek.

Pamiętam, że tego dnia poszedłem późno spać. Około 3.00 w nocy zadzwonił do mnie oficer Biura Ochrony Rządu i powiedział, że niedługo po mnie przyjedzie. Miałem stawić się jak najszybciej w biurze politycznym Komitetu Centralnego PZPR. Wzywał mnie generał Wojciech Jaruzelski. Dowiedziałem się tylko, że chodzi o jakiś wybuch, o jakąś katastrofę. Kiedy dotarłem, to na miejscu był już generał, premier Zbigniew Messner, szef MSW Czesław Kiszczak i inni. Okazało się, że w zasadzie nikt nic nie wie. Dzięki informacji profesora Zbigniewa Jaworowskiego, wiedzieliśmy jedynie, że prawdopodobnie był jakiś wybuch, a nad Polską unosi się radioaktywna chmura – opowiada Zbigniew Szałajda, który w latach 1982-1988 był wicepremierem PRL.

Początkowo ówczesne polskie władze nie wiedziały do kogo zwrócić się po informację. Wszystko wskazywało, że na terenie ZSRR doszło do silnej eksplozji. Czujniki w Szwecji oraz w Mikołajkach, skażone powietrze wykryły 27 kwietnia, a więc około dobę po wybuchu w Czarnobylu.

Tak się złożyło, że znałem bardzo dobrze język rosyjski. Miałem w ZSRR kontakty, bo znałem premiera Nikołaja Ryżkowa jeszcze z czasów, kiedy byłem dyrektorem Huty Katowice, a później ministrem hutnictwa. Utrzymywaliśmy kontakt przez te wszystkie lata, więc zdecydowałem, że dzwonię bezpośrednio do niego. Obudziłem go w środku nocy i mówię: „My nie znajem, szto zdzieś proszchodziet i skąd ta radioaktywna chmura”. Do dziś nie wiem, czy on udawał, czy rzeczywiście miał mało informacji. Podejrzewam, że lokalne władze, czy szefostwo elektrowni w Czarnobylu, niespecjalnie się śpieszyło, żeby władze centralne dowiedziały się, co się stało. Odpowiedział: „Wiesz Zbigniew, ja też niewiele wiem. Wiem, że był wybuch, ale technicznych informacji nie znam”. Poprosiłem go więc, żeby przysłał do Polski specjalnym samolotem ludzi, którzy będą wiedzieli co się faktycznie stało i co nam grozi. Przylecieli, ale nadal nic nie wiedzieliśmy – wspomina były wicepremier, który przewodniczył komisji badającej skutki katastrofy w Czarnobylu.

Wszystko zaczęło się od tego, że Związek Radziecki chciał mieć pluton, który można byłoby wykorzystać militarnie – mówi profesor Andrzej Strupczewski, przewodniczący Komisji Bezpieczeństwa Jądrowego Narodowego Centrum Badań Jądrowych. Jak tłumaczy naukowiec, taki pluton można uzyskać jeśli uran w specjalnym reaktorze jest napromieniowywany przez kilka tygodni. Dlatego w Czarnobylu wybudowano reaktor, z którego można było usuwać paliwo nie po kilku latach, ale nawet po czterech tygodniach. Był to reaktor grafitowo-gazowy.

Czarnobyl
fot. Kamil Porembiński

Reaktor miał się wyłączyć, a eksplodował

Reaktor dużej mocy w Czarnobylu miał dwie bardzo poważne wady – tłumaczy prof. Strupczewski.

W rdzeniu reaktora moderatorem był grafit, a woda służyła jedynie do kumulacji ciepła. Z uwagi na to, w stanach przejściowych, gdy temperatura rdzenia i wody rosła, to moc reaktora także rosła. To całkowicie niezgodne z zasadami bezpieczeństwa. Jeśli coś się wydarza w reaktorze i np. brakuje odbioru ciepła, to powinien się on automatycznie wyłączyć. W Czarnobylu zamiast tego eksplodował.

W poprawnie skonstruowanych reaktorach, jeżeli zabraknie wody lub jej część zamieni się w parę, to spowolnione neutrony uciekają w betonową obudowę rdzenia albo w stalowy zbiornik. Podgrzanie wody powoduje więc, że neutronów do rozszczepień jest mniej i moc reaktora staje się mniejsza. W Czarnobylu było odwrotnie. – Tam spowalnianie neutronów odbywało się w graficie, co sprawiało – mówiąc w skrócie – że do paliwa wracało ich więcej niż normalnie, ponieważ nie były wychwytywane w wodzie. Kolejną ważną sprawą jest to, że reaktor w Czarnobylu nie miał obudowy bezpieczeństwa. Wskutek awarii, wszystkie produkty wydostawały się do powietrza – wyjaśnia specjalista z Narodowego Centrum Badań Jądrowych. – Ponadto pręty regulacyjne, specjalne pręty bezpieczeństwa, wchodząc do rdzenia usuwały z niego wodę, wprowadzając grafitowe przedłużacze. To znów powodowało przejściowy wzrost mocy. Wciskając zatem przycisk bezpieczeństwa, chcemy reaktor przecież wyłączyć, a nie zwiększyć jego moc. Operatorzy reaktora w Czarnobylu musieli być w szoku, kiedy w ciągu 14 sekund moc wzrosła 100-krotnie.

W ten sposób uran odparował i wytrysnął do wody jako uranowa para – dowiadujemy się od eksperta z NCBJ. Stopiony uran spowodował odparowanie reszty wody, a nagły wzrost ilości pary zniszczył budynek reaktora i zerwał z niego dach. Szkodliwe, promieniotwórcze pierwiastki, w ogromnej liczbie trafiły w ten sposób do powietrza i tak zaczęła się ich wędrówka między innymi nad Polskę i inne kraje ościenne.

Jak relacjonuje dr Kamil Dworaczek z Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu, o godz. 1.23 w nocy, 26 kwietnia 1986 roku, nastąpił pierwszy wybuch, a zaraz po nim kolejny. Wyparowało około 50 ton paliwa nuklearnego, które trafiło do atmosfery, gleby i wody. Ilość uwolnionego promieniowania szacowano na 200 milionów kiurów. – To porównywalne ze skutkami eksplozji dużej głowicy nuklearnej, równej czterem bombom zrzuconym na Hiroszimę – obrazuje dr Dworaczek, naczelnik Oddziałowego Biura Badań Historycznych w IPN Wrocławiu.

Dezinformacja zamiast informacji

26 kwietnia rano zaczęły napływać meldunki m.in. z wojska, które oceniały sytuację jako poważną – pisze dr Dworaczek w swojej obszernej pracy na temat Czarnobyla, która ukaże się w przyszłym roku. Jak czytamy, jeszcze przed południem premier Ryżkow powołał Komisję Rządową z wicepremierem Borysem Szczerbiną na czele, której celem było zbadanie sytuacji i podjęcie odpowiednich działań. Kilku członków komisji przeleciało helikopterem nad reaktorem i mogło z bliska zobaczyć skalę zniszczeń. Na miejscu od przedstawicieli lokalnych służb dowiedzieli się o wyższym niż zakładano promieniowaniu oraz pierwszych jego ofiarach.

27 kwietnia Borys Szczerbina za radą funkcjonariuszy obrony cywilnej podjął decyzję o ewakuacji mieszkańców Prypeci. Już wcześniej przygotowano 1200 autobusów i 240 ciężarówek na wypadek konieczności ewakuowania ludności. W zaledwie kilka godzin udało się ewakuować ponad 44 tysiące mieszkańców. Oczywiście akcja była i tak już nieco spóźniona. Mieszkańcy Prypeci, w tym wiele dzieci, przyjęło szkodliwą dla zdrowia dawkę promieniowania – opowiada dr Kamil Dworaczek.

W między czasie na zniszczony reaktor, za pomocą wojskowych śmigłowców zrzucono tony piasku i boru. 27 kwietnia Jurij Izrael, szef Państwowego Komitetu Hydrometeorologii i Kontroli Środowiska ZSRR, przygotował raport bazujący na pomiarach dokonanych w ciągu ostatnich dwóch dni. – Pisał o wysokim stopniu zanieczyszczenia atmosfery radioaktywnymi izotopami, które wiatr rozniósł we wszystkich kierunkach, przewidywał także, że ich obecność zostanie odnotowana zagranicą – tłumaczy Kamil Dworaczek, który przeanalizował nieznane dotychczas rosyjskie dokumenty na temat katastrofy w Czarnobylu, a także raporty polskiej komisji wraz z nigdy nie publikowanymi załącznikami.

Te informacje nie dotarły jeszcze wtedy do Polski, ani do żadnego innego kraju sojuszniczego ZSRR. Do dziś nie wiemy dlaczego. Poprosiliśmy o rozmowę na ten temat byłego prezydenta Michaiła Gorbaczowa, ale jego służby medialne odmówiły kontaktu z dygnitarzem, tłumacząc odmowę odpowiedzi pandemią koronawirusa.

Czarnobyl
fot. Kamil Porembiński

Oficjalnych informacji krajom ościennym ZSRR udzieliło dopiero 29 kwietnia, trzy dni po awarii – zauważa naczelnik z IPN we Wrocławiu. Jak dodaje, było to przedmiotem pretensji formułowanych pod adresem Moskwy. – Trzeba przy tym dodać, że dalej nie precyzowano, ile substancji radioaktywnych mogło się wydzielić i jakiego są one typu. W podobny sposób o katastrofie informował później i rząd PRL.

Biorę za to całkowitą odpowiedzialność. Jaki mieliśmy wydać komunikat do ludności? Co mieliśmy w nim napisać? Że był wybuch? Że nic nie wiemy? Że ustalamy? Panikę wywołać w ten sposób? Uznałem, że lepiej zaczekać. Niech tam sobie gadają w społeczeństwie, a przecież my i współpracujący z nami fizycy, specjaliści, wiedzieliśmy najlepiej co robić. Dlatego dwa dni po otrzymaniu informacji uzgodniliśmy, co mamy dokładnie robić i jakie wydać dyspozycje ludności. Na trzeci dzień przygotowaliśmy odpowiedni komunikat – przyznaje Szałajda.

Ja bym rozdzielił dwie kwestie – mówi Jerzy Urban, ówczesny rzecznik rządu PRL, a dziś redaktor naczelny Tygodnika NIE. – Spóźniona informacja wynikała przede wszystkim z opóźnienia z przekazywaniem informacji przez Moskwę. Z dzisiejszej perspektywy mogę się zastanawiać, czy chodziło o to, że Kreml kręcił, czy też bał się, że wyprzedzimy ich w działaniach profilaktycznych. W końcu byliśmy od nich zależni i nie mogliśmy im aktywnie psuć propagandy. Z drugiej strony, muszę przyznać, że nie informowałem i szczerze publicznie tłumaczyłem, dlaczego nie informuję o tym, jakie i gdzie są skażenia – dodaje Jerzy Urban.

Jak tłumaczy były rzecznik rządu PRL, skażenia z Czarnobyla nigdy nie zagrażały życiu ludności Polski. – Informowanie o skażeniach spowodowałoby zapewne zamarcie życia w kraju. Wszyscy rzuciliby się do środków lokomocji, żeby szukać bezpiecznych miejsc i uciekać przed większymi skażeniami. Stworzyłaby się panika taka, która nic by tym uciekającym nie dała, bo skażenia przemieszczają się przecież szybciej niż auta i pociągi.

Informacje płynące z Czarnobyla nie były dystrybuowane na terenie ZSRR i w samej Moskwie. Wiadomości, że coś stało się na Ukrainie docierały m.in. do dziennikarzy rosyjskich, czy do dziennikarzy Polskiej Agencji Prasowej, ale nie były przekazywane opinii publicznej. Pierwsza informacja znalazła się w radzieckim dzienniku telewizyjnym.

W wieczornym programie serwisu informacyjnego „Wremia” 28 kwietnia 1986 roku można było usłyszeć komunikat, ale była to to dopiero dwudziesta pierwsza informacja w wydaniu. W podobny sposób komunikat przekazała prasa. Następnego dnia opublikowały go niektóre gazety ukraińskie, ale w taki sposób, że tylko bardzo uważny czytelnik mógł go dostrzec. Przykładowo „Robotniczyja Hazeta” umieściła go pomiędzy wynikami meczów piłkarskich a relacją z turnieju szachowego – relacjonuje wyniki swoich badań dr Kamil Dworaczek.

Zaufanie do rządu i telewizji publicznej było w 1986 roku tak niskie, że Jerzy Urban otrzymywał wówczas różne telefony od znajomych. – Ludzie mówili mi, że widzieli mnie w telewizji, że słyszeli komunikat a teraz dzwonią zapytać, jak jest naprawdę. Sądzili, że wiem coś więcej niż mówiłem. Natomiast ja wiedziałem tylko o rzeczach, w które społeczeństwo nie wierzyło.

Reakcje Polaków na niedoinformowanie dr Kamil Dworaczek rekonstruuje na podstawie utrwalonych w archiwach IPN telefonów do gazet i telewizji. – 29 kwietnia do redakcji „Życia Warszawy” zadzwoniło osiem osób, pytały dlaczego gazeta nie pisze nic o awarii. Prawdziwa lawina telefonów zaczęła się jednak 30 kwietnia. Czytelnicy dzwonili m.in. do „Trybuny Ludu”, „Życia Warszawy”, „Ekspresu Wieczornego” i „Rzeczpospolitej”. Wszędzie powtarzały się te same pytania i zarzuty. Najwięcej telefonów kierowano do Telewizji Polskiej. W dniach 30 IV – 1 V było ich w sumie 424 – podaje konkretne liczby historyk, w przygotowywanej na przyszły rok publikacji.

Przytacza również kilka przykładów takich wypowiedzi: „Dlaczego w Dzienniku Telewizyjnym nie było informacji, że dzieci nie powinny przebywać na świeżym powietrzu? To jest gangsterstwo, zbrodniczy brak odpowiedzialności. Płacę za telewizję i uważam, że mam prawo prosić, abyście dokładnie informowali jakie jest skażenie, w jakim regionie i co robić, żeby zmniejszyć jego skutki. A wy chowacie głowy w piasek. Jak Challanger wybuchł, to zaraz był radosny komunikat”.

I kolejne, bardziej nerwowe: „W dzienniku mówicie tylko o 1 maja, a nic o skażeniu. Ja np. nie wiem czy mogę jechać na ryby?”; „Kogo obchodzi ten zas… 1 maja, przecież my chcemy wiedzieć co z naszymi dziećmi?”. Następnego dnia obierano podobne telefony: „Mówicie o różnych duperelach, a  o najważniejszych sprawach nic. Jakie jest skażenie!? W jakich województwach!?” – pytali widzowie.

Komuniści nie zawiedli. Rozdali „kropelki przeciw Ruskim”

Dzięki prywatnym kontaktom ówczesnego wicepremiera PRL Zbigniewa Szałajdy z premierem ZSRR Nikołajem Ryżkowem, Polska mogła działać wcześniej niż inne kraje. Oceniono, że najbardziej zagrożone są północno-wschodnie rejony kraju. Największe ryzyko niosło spożycie skażonego mleka od krów, które żywiły się trawą, w której obecny był J-131. – Zaproponowano więc wprowadzenie wielu ograniczeń. Od 29 kwietnia całe wyprodukowane w kraju mleko od krów karmionych świeżą paszą należało przekazać na przerób, wstrzymać dystrybucję przetworów mlecznych z ostatnio wyprodukowanego mleka. Nie podawać mleka świeżego dzieciom i młodzieży od 0 do 18 lat, a także przejść na mleko proszkowe i skondensowane. Dodatkowo zalecano wstrzymać wypas krów i nie karmić ich świeżą paszą – opisuje raporty PRL-owskiej komisji dr Kamil Dworaczek.

Dużym problemem było to, że J-131 zagrażał tarczycom dzieci. Na pomysł zastosowania tzw. terapii lugolowej na przestrzeni niemal całego kraju wpadł prof. Janusz Nauman. – Biorąc pod uwagę przyjętą politykę informacyjną, wydaje się dość zaskakujące, że rząd PRL się na to zdecydował. Istniało bowiem ryzyko, że masowe zastosowanie takiej terapii, wzbudzi obawy i strach, a w konsekwencji panikę, której chciano przecież uniknąć. Co trzeba oddać władzom PRL, to to, że w tym wypadku postawili na zdrowie Polaków, a nie na propagandę – przyznaje historyk IPN.

Na szczęście udało nam się skutecznie przeprowadzić akcję lugulową. Decyzja o zastosowaniu tej terapii była unikalna na skalę świata. Nikt wówczas nie zdecydował się na ten sposób ochrony ludności. Tylko Polska. Może dlatego, że zagrożenie było zupełnie inne – mówi były wicepremier Szałajda.

Czarnobyl
fot. Kamil Porembiński

Nie była to decyzja łatwa – komentuje dr Dworaczek. Zdawano sobie bowiem sprawę z możliwości powstania negatywnych skutków ubocznych podania stabilnego jodu. – Padł więc pomysł, aby nie podawać tabletek, które należałoby dopiero wyprodukować, ale płyn Lugola, czyli roztwór zawierający jodek potasu. Taki płyn bardzo szybko mógł spreparować każdy farmaceuta.

Zbigniew Jaworowski pisał w swoich wspomnieniach, że resort zdrowia już przed południem 29 kwietnia wysłał do wszystkich wojewódzkich stacji farmaceutycznych oraz do głównych lekarzy wojewódzkich polecenie przygotowania płynu Lugola. – Około południa ministerstwo potwierdziło, że zapasy pozwalają na przygotowanie 90 milionów dawek po 70 mg jodu. Według Jaworowskiego już o godz. 13.00 szef resortu zdrowia polecił rozpocząć podawanie jodu dzieciom w jedenastu województwach – mówi historyk IPN we Wrocławiu.

Podanie płynu Lugola było wtedy bardzo uzasadnione. Dziś pewnie każdy z nas dostałby tabletkę z jodem. Produktem rozszczepu uranu jest też jod radioaktywny. Żeby nie został wraz z wdychanym powietrzem akumulowany w naszej tarczycy, niejako wyprzedzając ten efekt, został podany tzw. jod zimny w płynie Lugola. Chodziło o to, żeby jod radioaktywny po prostu nie miał już miejsca w tarczycy – wyjaśnia dr hab. Diana Jędrzejuk, członkini Głównej Komisji Rewizyjnej Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej i z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – Dzięki innowacyjnym, polskim działaniom z lat 80., dziś taka praktyka jest obowiązująca na całym świecie. Niedawno ryzyko rozszczelnienia w elektrowni atomowej pojawiło się w Belgii i rząd niemiecki zdecydował o rozdaniu tabletek z jodem ludziom na narażonym terenie. Nie mieli ich od razu łykać, ale mieć w gotowości.

Są i działania mocno przesadzone. Niektórzy lekarze zalecają profilaktyczne podawanie jodu nawet obecnie. Zdaniem ekspertki z wrocławskiego Uniwersytetu Medycznego, takie pseudoleczenie może tylko zaszkodzić. Naraża bowiem organizm na rozwinięcie się chorób autoimmunologicznych – Do dziś zdarzają się ludzie – i znam osobiście takie przypadki – którzy terroryzują swoje rodziny i codziennie o godzinie 17.00 serwują swoim bliskim lugolową herbatkę – przestrzega specjalistka.

Dane z Białorusi, Ukrainy a także i Rosji niezbicie świadczą o wzroście liczby nowotworów tarczycy u dzieci, którego efektem przede wszystkim było wysokie promieniowanie radioaktywne, spowodowane wybuchem w elektroni czarnobylskiej – wyjaśnia dr Kamil Dworaczek, który przez ostatnie trzy lata badał rożne wątki katastrofy w Czarnobylu.

Czarnobyl
fot. Kamil Porembiński

Czarnobyl nie spowodował problemów z tarczycą?

Wyniki międzynarodowego programu oceniającego wpływ eksplozji na zdrowie (IPHECA), przeprowadzonego przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) wykazały, że do 1994 roku w Rosji zanotowano 24 przypadki raka tarczycy u dzieci, na Ukrainie 208 i na Białorusi 333 przypadki. Wcześniej tego typu schorzeń u dzieci właściwie nie notowano. – Statystyki dwóch ostatnich krajów wyraźnie odstawały też od tych z innych państw. Zdecydowanie najczęściej spotykaną formą nowotworu – w ponad 90 procentach przypadków – był rak brodawkowaty, dlatego też naukowcy ten typ choroby powiązali z promieniowaniem poczarnobylskim – dodaje dr Dworaczek.

Jak mówi dr hab. Diana Jędrzejuk, spośród kilku rodzajów raka tarczycy ten wyróżnia się stosunkowo niewielką złośliwością. – Wiele z wykrywanych przypadków nie zagraża życiu. Nie ma przerzutów, a pacjenci żyją długo.

Trudno jest udowodnić, że choroby tarczycy, rak tarczycy, które są dziś dużymi problemami, są następstwem wybuchu w Czarnobylu – mówi Jędrzejuk. – Nie istnieją żadne badania, które wskazywałyby, że mamy do czynienia z większą ilością nowotworów po eksplozji czarnobylskiego reaktora. Sądzę, że po prostu żyjemy w dużo bardziej zanieczyszczonym środowisku niż kiedyś i dużo bardziej niesprzyjającym naszemu zdrowiu.

Dla Związku Sowieckiego wybuch w Czarnobylu był ogromnym problemem wizerunkowym i wiadomym było, że Zachód wykorzysta katastrofę do celów propagandowych. Tym bardziej, że socjalistyczne imperium chciało wzmacniać swoją pozycję jako energetycznego, atomowego giganta. Robiono wszystko aby nie ujawniać prawdziwych przyczyn katastrofy, ponieważ reaktorów RBMK na ternie ZSRR było wiele. Ujawniając więc ich wadę konstrukcyjną, trzeba byłoby podważyć cały sowiecki program atomowy. – Cztery takie reaktory były w Czarnobylu, dwa w Leningradzie, dwa w Smoleńsku, dwa na Litwie i jeszcze kilka. W sumie kilkanaście na terenie całego ZSRR – wylicza prof. Andrzej Strupczewski. Ostatni z reaktorów w Czarnobylu wyłączono dopiero w roku 2000. Do dziś na świecie działa jeszcze kilka reaktorów typu RBMK, jednak po odpowiednich modyfikacjach. W sumie aktywnych jest ich dziewięć: w Kursku, Leningradzie i w Smoleńsku. – Są one systematycznie wyłączane i w ich miejsce buduje się reaktory nowej technologii z wodą pod ciśnieniem – dodaje naukowiec.

Jak mówi profesor Strupczewski, reaktory RBMK budowane były z pominięciem względów bezpieczeństwa. Były one groźne i prawie nieuchronnie awaria musiała się im przydarzyć. – Dziś technologia jest dużo bardziej bezpieczna. Do tego stopnia, że ja sam piłem wodę z reaktora, a mój kolega usiadł na reaktorze i nie stracił płodności, ma wspaniałych synów – śmieje się prof. Strupczewski.

Czy więc wycieczki do Czarnobyla to dobry i bezpieczny pomysł? Dr Diana Jędrzejuk je odradza, a profesor Strupczewski jest ich umiarkowanym zwolennikiem. Zwierzęta żyjące w pobliżu Czarnobyla i Prypeci żyją normalnie. – Promieniowanie na tych terenach wokół Czarnobyla jest dziś takie, jak w Polsce. Są jednak wyjątki – przestrzega ekspert Narodowego Centrum Badań Jądrowych. – Jest rzeczywiście tzw. czerwony las, teren kilku kilometrów kwadratowych wokół reaktora, gdzie tuż po wybuchu spadło dużo radioaktywnych pierwiastków, gdzie rzeczywiście promieniowanie jest dużo wyższe. Nie jest ono dziś zabójcze, jak w książkach Stanisława Lema, ale w ten rejon podróży bym nie zalecał – mówi prof. Strupczewski.

Prof. dr hab. Ludwik Dobrzyński, fizyk z Narodowego Centrum Badań Jądrowych, mówi z kolei, że katastrofa w Czarnobylu niewiele nas nauczyła. Jak przyznaje zmieniło się sporo w kwestii bezpieczeństwa i konstrukcji reaktorów, a także w kontekście informowania ludności i postępowania w przypadku podobnych katastrof, ale nie zmieniło się nic w zasadach ochrony radiologicznej. – Nie zmieniło się nic na przykład w kwestii relokacji ludzi. Nadzwyczaj nisko są też ustawione poziomy, przy których uznaje się promieniowanie za szkodliwe. Nauczeni Czarnobylem wciąż tkwimy w dość obłędnych tezach, że każda dawka promieniowania może nam zaszkodzić, a efekt jest liniowy i proporcjonalny – uważa profesor Dobrzyński.

Jak dodaje, brak zmian w zasadach ochrony radiologicznej i swoiste zabetonowanie badań nad atomem, sprawiają, że jego zdaniem specjaliści nie mogą np. skutecznie leczyć niektórych schorzeń. – Chodzi o choroby typu reumatologicznego, bolesne stany zapalne w kośćcu. Klasyczne metody leczenia zawodzą, a skuteczne okazują się na przykład właśnie te niskie dawki promieniowania. Od kilku lat dochodzą do nas doniesienia z Japonii, gdzie np. z rakiem prostaty, czy z wieloma innymi ciężkimi chorobami można sobie poradzić – przekonuje naukowiec.

To nie jedyna konsekwencja wybuchu w Czarnobylu, która zakorzeniła się w społeczeństwach przez ostatnie 35 lat. Wciąż duża jest niechęć i strach przez tego typu inwestycjami w Polsce. Wystarczy wspomnieć o komplikacjach z budową polskiej elektrowni jądrowej. Miała ona powstać w Żarnowcu, ale 86 procent mieszkańców ówczesnego województwa w referendum wyraźnie sprzeciwiła się budowie. Stanowczo protestował też ruch Wolność i Pokój. – To był wyraźny efekt awarii czarnobylskiej, a przez kolejne lata nie zrobiono nic lub prawie nic, żeby przekonać Polaków do atomu i uświadomić im rzeczywiste konsekwencje awarii i jej skalę – podsumowuje dr Kamil Dworaczek.

W roku 2011 Żarnowiec został ponownie wytypowany, jako miejsce budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Oprócz Żarnowca PGE brało pod uwagę także miejscowości Gąski oraz Choczewo. Elektrownia miała powstać do roku 2020. W 2015 roku polski rząd oceniał jednak, że tego typu inwestycja mogłaby powstać w Polsce nie wcześniej niż w roku 2027.

Czarnobyl
fot. Kamil Porembiński

Tekst miał swoją premierę w Onet.pl, 26 kwietnia 2021 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *