“Klip”: Skoro pokazujemy w kinie śmierć, to czemu nie seks?

Klip to film, który pokazuje to, co dzieje się wokół nas, ale nie chcemy tego widzieć.

klip clip

na zdj. Isidora Simijonovic jako Jasna / mat.pras.

15-letnia dziewczyna uprawiająca brutalny seks w toalecie lub w starych opuszczonych magazynach, to wstrząsający obraz serbskiej młodzieży, który wyłania się z filmu “Klip” Mai Miłosz. Bałkańska reżyserka pokazuje w bardzo naturalistyczny sposób sceny seksu z udziałem nastolatków, przez co projekcji filmu zakazano w kilku krajach. Tym bardziej, że występujący tam aktorzy są w tym samym wieku, co bohaterowie. Czy jej film to wyznacznik nowej ery w kinematografii? Czy jesteśmy zmuszeni, żeby tak odważne sceny oglądać na ekranie na co dzień?

Młoda dziewczyna rozbiera się przed kamerą. Filmuje to jej niewiele starszy kolega. To on wydaje polecenia, a jej zadaniem jest je wykonywać, nawet jeśli nie chce. Kiedy obnaża piersi, a dłoń wsuwa w majtki, otwierają się drzwi do pokoju. Impreza wokół trwa w najlepsze. Tak właśnie zaczyna się film Mai Miłosz. Później wcale nie jest subtelniej.

Młoda Serbka, Jasna przedstawiona jest jako typowa nastolatka. Ubiera się wyzywająco, interesuje mężczyznami i seksem. Swoje uniesienia lubi nagrywać na telefon komórkowy. Początkowo jest wyuzdana i pełna wyrachowania, a jej życie kręci się wokół imprez i narkotyków.

Jednak już za chwilę dowiadujemy się, że Jasna pochodzi z bardzo biednej rodziny, a jej ojciec umiera na raka. Hulaszczy tryb życia daje jej poczucie wolności i możliwość ucieczki od problemów rodzinnych.

W szkole poznaje Djordje Djole Tosicia. To chłopak z którym 15-latka przeżywa swój pierwszy raz. Jest od niej kilka lat starszy i świadomie wykorzystuje seksualne niedoświadczenie i poddanie Jasnej. Lubi na niej eksperymentować. Uprawiają więc seks w obskurnych toaletach, próbują brutalnego, analnego seksu. Ich świat wartości różni się diametralnie od tego wypełnionego wojną, który jako pierwsze serbskie pokolenie, pamiętają tylko z opowieści. W końcu mogą robić to, co chcą. – To stylistyka której do tej pory nie było. Nie była aż tak eksponowana. Jeżeli w filmie bohaterowie mają się pieprzyć to się pieprzą – mówi Michał Zygmunt, pisarz i publicysta kulturalny. – Niekoniecznie musi to być tylko chwyt marketingowy – dodaje.

I nie jest. Przynajmniej nie do końca. Może to się wydawać dziwne, ale w Serbii zupełnie inaczej postrzega się cielesność niż chociażby w krajach Europy Zachodniej. Choć w Rosji go ocenzurowano i zakazano jego projekcji, to wbrew pozorom na Bałkanach nie wywołał on szerszego skandalu. – To idealny produkt na sprzedaż do Europy. W Serbii to słabo chwytliwy towar – wyjaśnia Zvonko Dimoski, specjalista od kina bałkańskiego, Macedończyk wykładający na co dzień na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Klip to nie wyjątek

Inne podejście do nagości jest możliwe na Bałkanach przede wszystkim poprzez bardzo traumatyczne doświadczenia wojenne. Serbia jest krajem, przez który przetoczyły się wszystkie bałkańskie konflikty zbrojne lat 80. i 90. – Przecież większość Serbów pochodzi z rodziny, w której albo ktoś został zgwałcony albo zamordowany. Trudno więc od nich oczekiwać, żeby szokowały ich sceny seksu na ekranie – tłumaczy specjalista z UAM.

Drugim ważnym powodem, dla którego „Klip” nie budzi tak dużych kontrowersji w kraju, jest muzyka. Jej brzmienie towarzyszy bohaterom filmu Mai Miłosz niemal przy każdej scenie.

To właśnie w latach 80., kiedy konflikty zaczęły narastać, na Bałkanach narodził się nurt muzyczny nazywany „turbofolkiem”. To muzyka popowa inspirowana folklorem, w brzmieniu podobna do polskiego disco polo. Poruszała jednak dużo ambitniejsze tematy. – Stała się synonimem wszystkiego co serbskie. Walczący mężowie, żony, które zaspokajają ich potrzeby, kiedy wracają z frontu – opowiada Zvonko Dimoski. – W Polsce uważa się czasami, że Doda jest obsceniczna. Proszę mi uwierzyć, że w Serbii byłaby zupełnie niezauważona – zapewnia Dimoski.

Często roznegliżowane i kuszące urodą piosenkarki, które tworzyły „tubrofolk” stawały się idolkami dla młodych Serbek i dla wielu pozostały nimi do dziś. – W latach 90. Każda dziewczyna chciała być jak Ceca Ražnatović. Jej mąż Željko Ražnatović był zbrodniarzem wojennym i zginął w zamachu. Ceca natomiast jest traktowana jako matka Serbka. To nie jest żart. Tam naprawdę każda dziewczyna do dziś chce być jak ona – wyjaśnia macedoński uczony z UAM.

Film Mai Miłosz nie odbiega także od pewnego nurtu w kinie bałkańskim nazywanego „czarną falą kinematografii”. Mladen Đorđević, inny serbski reżyser nakręcił film jeszcze bardziej drastyczny w obrazowaniu. Jego „Życie i śmierć porno bandy” to film opowiadający historię ludzi sfrustrowanych wojną, którzy pozwalają się zamordować podczas seksu.

Właśnie z tych powodów w Serbii film, choć odbił się szerokim echem, to szczególnych kontrowersji nie wywołał. – To nie jest bajka. Tak wygląda serbska młodzież. Jeśli chłopak ubiera się w dres, to nie na potrzeby filmu. Zachowuje się agresywnie i brutalnie, bo zaplecze emocjonalne czerpie z doświadczeń wojennych. Jestem przekonany, że dla młodych Serbów jest to film pokoleniowy – mówi Dimoski.

Co innego dla Europejczyków. Dla nas „Klip” jest szokujący, głównie dlatego, że pokazuje seks uprawiany przez nastolatkę. Dramaturgię wzmacnia na pewno również fakt, że w filmie występują aktorzy, którzy są w wieku granych przez siebie bohaterów. – Reżyserce zależało, żeby nie zatrudniać doświadczonych dorosłych aktorów. Więc faktycznie grają tam bardzo młodzi aktorzy, ale sceny erotyczne grają dublerzy – uspokaja Jakub Mróz, prezes Tongariro, polski dystrybutor filmu.

Jeśli erotyka i nagość dotyczy dzieci, to zawsze będzie bulwersować. Zwłaszcza na Zachodzie, który jest mocno uwrażliwiony na problematykę seksualności nieletnich. – Dlatego erotyka nieletnich jest przez nasze kino albo przedstawiana jako przekroczenie pewnej normy obyczajowej albo nie pokazywana wcale – tłumaczy prof. Elżbieta Stachówna, filmoznawca z UJ.

Jej zdaniem erotyka, nawet tak mocna jak w „Klipie” nie jest czymś nadzwyczajnym w kinie europejskim. Filmy, w których pokazywano nagość powstawały już od 1895 roku. Różnica jednak polegała na tym, że nigdy nie było to kino mainstreamowe. Tych produkcji nie pokazywano w kinach, ponieważ bano się, że na seans mogą trafiać całe rodziny z dziećmi.

Dawno temu zakazane

Między innymi ze względu na te obawy w latach 30. w USA powstał „Kodeks Produkcyjny Willa Haysa”. Znajdowały się w nim zasady ograniczające swobodę twórców. Całkowicie zakazano pokazywania nagości na wielkim ekranie. Zabroniono też filmowych pocałunków. Dlatego artyści musieli kamuflować cielesność i na przykład w filmie Howarda Hawksa „Wyjęty spod prawa”, z 1943 roku, aktorka Jane Russell całuje kamerę. – Wojna toczyła się na dwóch biegunach. Z jednej strony twórcy, dla których zmysłowość i seksualność manifestowana przez nagość, była bardzo istotną sprawą, a z drugiej prawo i obyczajowe tabu. Filmowcy szukali więc subtelnych środków, by wyeksponować erotykę w filmie – wyjaśnia prof. Grażyna Stachówna.

Robili to na przykład poprzez przedstawianie aktorek ubranych w suknie z większymi dekoltami, podkreślali kobiece biusty lub pośladki. To właśnie przez amerykański purytanizm i surowość Rita Hayworth, grająca tytułową „Gildę” w filmie z 1946 roku, mogła zdjąć jedynie długą, czarną rękawiczkę, a nie całą suknię. Ale również dzięki temu scena ta przeszła do historii kina. – Chodziło o to, aby tata był zadowolony, mama się nie zgorszyła, a dzieci niezrozumiały. Udało się – żartuje filmoznawczyni z UJ.

Choć seks na ekranie istniał zawsze, to rewolucja nadeszła dopiero w latach 60. Kontrkultura „love, peace, and unity” była dla wielu dziedzin sztuki cezurą. Od tego czasu sceny erotyczne w filmach mainstreamowych były coraz odważniejsze. – Już dawno przekroczyliśmy pewne granice. Teraz przecież w niektórych filmach seks waginalny, oralny czy analny jest przedstawiany niemal tak, jak w filmach pornograficznych – mówi dr Wiesław Ślósarz, seksuolog.

Bo film pornograficzny, według definicji, to film, w którym narządy płciowe są przedstawione w sposób rozpustny, perwersyjny i bezpośredni. W podobny sposób musi być przedstawiony seks. Tak właśnie dzieje się w takich filmach jak „Klip”, ale nie tylko.

W kinie zachodnim możemy znaleźć wiele przykładów filmów, których stylistyka wpisuje się w tę definicję. W „Intymności” Patrice Chéreau, dwójka ludzi Jay i Claire spotykają się w każdym tygodniu na dwie godziny tylko po to, żeby uprawiać seks. W tym czasie nie zamieniają ze sobą ani słowa. Podobnych przykładów znajdzie się jeszcze co najmniej kilka: „Kids”, „Antychryst”, „Nagi instynkt” „9 piosenek”. A przecież to nie filmy z podziemia. Nakręcili je znani reżyserzy. Czy zatem nadszedł czas, aby pogodzić się z faktem, że pornografia na wielkich ekranach będzie normą?

Zdaniem specjalistów nie. – Nie zauważam takiej tendencji. Nie nastąpił żaden przełom. Seksu w przestrzeni medialnej jest bardzo dużo, ale w kinie nie jesteśmy nim atakowani. Taka stylistyka pojawia się zazwyczaj u konkretnych reżyserów, a nie dotyczy żadnego szerszego zjawiska. Nie biłabym w tarabany. Poza tym publiczność ma wybór. Nikt nikogo nie przywiązuje do krzesła na czas seansu – żartuje prof. Elżbieta Stachówna. – Naturalistyczna erotyka to kolejny nurt w kinematografii, ale na pewno nie żaden trend – wtóruje jej Michał Zygmunt.

Krew tak, seks nie

Podobnego zdania są seksuolodzy. – Jeśli w filmach pokazuje się seks w jakimś konkretnym celu, a nie tylko po to, żeby był, to nie ma w tym nic niepokojącego – uważa seksuolog Anna Golan. W epoce wiktoriańskiej owijano nogi od stołu lub fortepianu bandażami, aby ludziom nie kojarzyły się seksualnie. Dziś wydaje się to śmieszne, ale może paradoksalnie kiedyś do tego wrócimy – mówi Anna Golan – wszystko nam się opatrzy. Nagość i seks, który wylewa się z każdej dzieciny sztuki czy reklamy. Może w końcu przestanie szokować i będziemy szukać innych środków wyrazu? – zastanawia się seksuolog.

Jednak póki co trudno powiedzieć, żebyśmy zmierzali w tę stronę. Zdaniem Anny Golan nie powinniśmy się temu wcale dziwić. – Seks jest czymś normalnym, a nie szokującym. Jeśli film ma pokazywać różne strony życia, to musi pokazywać również i to.

Dlaczego mamy nie mówić o seksualności, która jest jedną z naszych sfer życia? – pyta retorycznie Michał Zygmunt. – Pokazujemy śmierć na ekranie i nie mamy z tym problemu. Jest jej w kinie dużo więcej niż seksu. Dlaczego więc bulwersować się mocnymi scenami erotycznymi?

klip clip

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *