Antonio Salas zinwigilował terrorystów, nazistów i mafię. Dziennikarz musi się ukrywać. Ma wyrok śmierci

Antonio Salas to dziennikarz zagadka. Dziennikarz śledczy wszechczasów. Wielu zastanawia się, czy w ogóle istnieje, a nawet jeśli to, czy nie jest aby agentem wywiadu. Nam udało się z nim porozmawiać.

W wywiadzie dla KolorowePtaki.com opowiada, jak żyć wśród zamachowców, udając jednego z nich przez pięć lat. Jak to jest inwigilować najgroźniejszych terrorystów świata, by napisać książkę El Palestino? Jak to było, gdy w Palestynie porwał go Hezbollah, w Wenezueli próbowali to zrobić rewolucjoniści, a w Hiszpanii Baskowie? Wciąż ciąży na nim wiele wyroków śmierci: chcą go zabić naziści, mafia i terroryści. Wszystko dlatego, że pisze o nich więcej niż ktokolwiek na Ziemi.

  • Najstraszniejsze są koszmary. Szczególnie te po El Palestino. W końcu przez tyle czasu rozmawiałem z ludźmi pokroju Carlosa Szakala, ludźmi z Hamasu czy ETA. Najgorsze zawsze przychodziło w nocy. Nawet podczas śledztwa. W czasie dnia byłem skupiony na wymianie baterii w kamerze, ukryciu jej, zapamiętywaniu imion, nazwisk, telefonów… Ale nocą nie możesz nic zrobić, jesteś sam na sam z koszmarami – mówi Antonio Salas w rozmowie z KolorowePtaki.com.
  • Myślę, że nie mógłbym przeprowadzić swojego śledztwa w żaden inny sposób niż wchodząc w to środowisko, będąc uzbrojonym jedynie w ukrytą kamerę. Spędziłem wiele lat uprawiając taki rodzaj dziennikarstwa. Z mojego doświadczenia wynika, że to jedyna forma działania, która może pomóc zrozumieć i ujawnić prawdę.
  • Dostaję setki maili i listów od chłopców i dziewcząt, którzy porzucają organizacje neonazistowskie. Od dziewczyn, które rzucają prostytucję, a nawet od klientów, którzy przestają korzystać z burdeli, po tym jak przeczytali ‘Handlowałem kobietami’. Już dostałem kilka listów od młodych muzułmanów, którzy zaczęli interesować się ruchem terrorystycznym i zdecydowali się to porzucić po przeczytaniu “El Palestino”.

Bez wątpienia Antonio Salas istnieje. I bez wątpienia napisał swoje książki – kilka z nich ukazało się w Polsce. Ostatnia pod tytułem Ja terrorysta. Nikt nie zna jego prawdziwego imienia, a on sam od dawna nie pracuje dla żadnej redakcji. Zaczynał mocno, pierwsza książka to Dziennik skina, w której udokumentował hiszpańskie środowiska neonazistowskie. Znalazł powiązania między przestępcami a sportowym klubem Real Madryt. Aby to zrobić, przybrał całkowicie inną tożsamość. Stał się skinem o pseudonimie Tiger88. Niewyobrażalne? Nie dla niego. On twierdzi, że infiltracja środowisk nazistowskich była najłatwiejszym zadaniem, jakie przed sobą postawił.

Trudniej było dostać się w szeregi handlarzy ludźmi. W książce Handlowałem kobietami ujawnił, że w sercu Europy, w samym centrum Madrytu, w popularnych restauracjach można spotkać gangsterów, którzy za 8 tysięcy euro sprzedają młode Rumunki, a za 17 tysięcy 10-letnie meksykańskie dziewczynki.

Mimo że, jak sam przyznaje, było to dla niego bardzo traumatyczne wydarzenie, to zdecydował się na napisanie kolejnej książki. Ostatnim razem wybrał sobie zadanie niemal niewykonalne. Dziennikarz postanowił szpiegować terrorystów. Jak jednak może to zrobić Hiszpan, który nie ma pojęcia o islamie? Salas na początku też nie wiedział. Miał natomiast ogromny bagaż doświadczeń z poprzednich wcieleń.

Antonio Salas. Kameleon czy wariat?

Kiedy infiltrował neonazistów zgolił głowę na łyso. Ale to był tylko początek. Musiał stać się skinem naprawdę. Poznać ich idee na tyle, by sprawiać przekonujące wrażenie, że w nie wierzy. Szukał różnych metod, także aktorskich. Kiedy więc pozorował nienawiść do czarnych myślał o tym, że w przeszłości dla czarnego Kubańczyka zostawiła go dziewczyna. To pomagało, rosła w nim nienawiść, zachowywał solidne pozory.

Tych metod działania użył, kiedy stawał się terrorystą. Tu jednak sprawa była dużo trudniejsza, bo nie tylko trzeba było poznać idee, ale należało również zagłębić się w kulturę, w której wychował się Muhammad Abd Allah – jego alter ego. Zaczął więc się zmieniać. Ludzie, z którymi pracował, zaczęli podejrzewać, że znów coś knuje.

Salas, nie gadaj głupstw! Jak to chcesz infiltrować islamski terroryzm? Kompletnie zgłupiałeś czy masz się za Supermena? A może i jedno, i drugie? – pytał go tuż przed rozpoczęciem śledztwa znajomy inspektor policji, którego Salas w książce przedstawia jako Delgado. Mogę zapuścić brodę, zmienić strój, iść do solarium, użyć samoopalacza – odparł dziennikarz. Jesteś gotów rzucić alkohol, palenie… i co gorsze, przestaniesz jeść szynkę, kiełbasę, kaszankę, boczek? – dopytywał inspektor. Salas się nie śmiał. Był już wtedy pewien, że to zrobi.

Aby stworzyć rzetelną tożsamość muzułmanina Muhammada, hiszpański dziennikarz musiał przede wszystkim poznać świat, w który chciał się przedostać. Podróżował więc od Maroka przez Jordanię, Liban i Palestynę. Był w każdym miejscu, które według islamu uznawane jest za ważne lub święte. Tam na tle posągów Chomeiniego robił sobie zdjęcia. Na kursach koranicznych w Maroku nawiązywał przyjaźnie, które później wykorzystywał w śledztwie. Co o tym mówi?

KolorowePtaki.com, Adrianna Tronina i Piotr Kaszuwara: Przez ponad pięć lat był Pan muzułmaninem. Zmienił wyznanie, mieszkał z niebezpiecznymi terrorystami. W pewnym momencie zdecydował się Pan nawet na obrzezanie. Czy to dziennikarskie śledztwo nie wymknęło się spod kontroli? Nie czuje Pan, że przekroczył pewne granice tego zawodu?

Antonio Salas: Myślę, że nie mógłbym przeprowadzić swojego śledztwa w żaden inny sposób niż wchodząc w to środowisko, będąc uzbrojonym jedynie w ukrytą kamerę. Spędziłem wiele lat uprawiając taki rodzaj dziennikarstwa. Z mojego doświadczenia wynika, że to jedyna forma działania, która może pomóc zrozumieć i ujawnić prawdę.

W książce Ja Terrorysta nie raz czytamy o strachu związanym z inwigilacją. Czy towarzyszy on Panu zawsze, czy po śledztwach przestaje się Pan bać?

Otrzymuję groźby śmierci, zniewagi. Były wybory w Wenezueli, które ostatnie wygrał Hugo Chavez. W tym czasie związany był z organizacją Tupamaros. Terrorysta Chino Carrias chodził po różnych latynoamerykańskich mediach i udzielał wywiadów, w których informował, że jego organizacja skazuje mnie na śmierć. Właśnie za śledztwo, które przeprowadzałem wśród terrorystów w Wenezueli.

To logiczne, że boisz się w takiej sytuacji. Ja jestem tylko dziennikarzem. Nie sędzią, nie policjantem. Tylko dziennikarzem. Ale to nic złego bać się. Kiedy się boisz, jesteś bardziej rozważny, bardziej ostrożny, zachowujesz się w mniej ryzykancki sposób. Zresztą teraz też boję się o swoje życie. Ale nie mam żadnej ochrony i podróżuję sam.

Oto Muhammad Abd Allah

Salas wiedział, że nigdy nie będzie wyglądał, jak prawdziwy Arab. Wiedział również, że nawet kiedy nauczy się biegle mówić po arabsku, to zawsze będzie zdradzać go akcent. Przed rozpoczęciem śledztwa musiał więc wymyślić wiarygodne usprawiedliwienie swoich wad. Najprostszym sposobem było więc stworzenie biografii, która usprawiedliwiałaby jego hiszpańskie lub latynoskie korzenie.

Postanowił więc stać się gocho, czyli mieszkańcem Andów Wenezuelskich. Dla swoich muzułmańskich przyjaciół wymyślił więc historię, w której Muhammad urodził się w niewielkim Egido w Wenezueli. Jego matka i jej rodzice byli Palestyńczykami, którzy uciekli z kraju przed syjonistyczną okupacją. Dziadkowie od zawsze byli gorącymi zwolennikami Jasira Arafata. Dziadek walczył nawet w ruchu oporu w Dżaninie i Nablusie. To właśnie on uczył go Koranu i zaszczepił w nim islam.

Nazwał się Muhammadem, bo to imię proroka islamu, bardzo powszechne na Bliskim Wschodzie. Nazwisko które wybrał, czyli Abd Allah, znaczyło po prostu sługa bożyWydało mi się to doskonałym imieniem dla kogoś, kto zamierzał zostać terrorystą dżihadu i męczennikiem islamu – pisze Salas w książce.

Wyimaginowany ojciec był natomiast rodowitym Wenezuelczykiem i komunistą walczącym z adecos – czyli z demokratami. Zakochał się w jego matce i niedługo później sam przeszedł na islam, aby móc się z nią ożenić. Niestety, ze względu na komunistyczne skłonności, w latach 70. jego rodzina znowu musiała uciekać. Tym razem z Wenezueli udali się do Hiszpanii, gdzie młody Muhammad uczył się przez dwadzieścia lat i tam wyrobił sobie akcent.

Później, pracował dla wielu organizacji charytatywnych, między innymi dla TRC, czyli Centrum Rehabilitacji i Leczenia Ofiar Tortur w Palestynie. Tam poznał swoją przyszłą żonę Dalal Madżahad. Niestety jej ojciec, członek Hamasu, nie akceptował komunistycznych zapędów Muhammada i związków z Al-Fatahem. Mimo to, kobieta zaszła w ciążę, ale niedługo potem zginęła od zabłąkanej izraelskiej kuli. We własnym domu. Razem z nią zginął też nienarodzony syn Muhammada – Ajman.

Czytaj także: Mitologia czarnobylska. Historyk ujawnia nieznane dokumenty

Oczywiście Salas miał dokładnie udokumentowany związek. W rolę fałszywej żony na dwie godziny wcieliła się Fatima. Córka marokańskiego muzułmanina, pracowała w Hiszpanii jako prostytutka. Salas poznał ją, kiedy infiltrował mafię. W zamian za udzieloną jej wcześniej pomoc, ona bez zadawania zbędnych pytań zgodziła się na sesję do rodzinnego albumu.

Trzeba się do niej jednak było dobrze przygotować. Dziennikarz wynajął więc pokój w obskurnym hotelu, ściany ozdobił różnymi rekwizytami, które przywiózł ze swoich podróży oraz obrazkami z wizerunkiem Arafata. Fatimie na szyję założył też srebrny łańcuszek, który później zawsze woził ze sobą, jako pamiątkę po zmarłej ukochanej.

To jednak nie koniec. Salas musiał odszukać dokumentację urzędową związaną z taką kobietą. Poszedł więc do ambasady palestyńskiej w Madrycie i spośród dziesiątek tragicznych historii wybrał właśnie Dalal Madżahad. Głównie dlatego, że jej imię oraz data śmierci były proste do zapamiętania. Izraelskie wojsko zastrzeliło ją bowiem w Dżaninie 9 marca 2004 roku, czyli dwa dni przed zamachami w Madrycie.

Jedno z aktualnych zdjęć Carlosa Szakala w koszulce z wizerunkami Chaveza i Bolivara
arch. pryw. Antonio Salasa

Takim sposobem pożyczył na potrzeby swojego śledztwa historię prawdziwej dziewczyny i zdjęcia prostytutki, która ją udawała. Wybrał historię, która miała spowodować, że terroryści go zaakceptują, zrozumieją. I zrozumieli. Nawet legendarny Ilich Ramirez Sanchez, czyli Carlos Szakal, złożył mi najszczersze i przepojone współczuciem kondolencje, gdy opowiedziałem mu o tej rodzinnej tragedii – pisze Salas.

KolorowePtaki.com: Dlaczego Pan to wszystko zrobił? Tylko dla czytelników, czy dla czegoś ważniejszego?

Antonio Salas: Dostaję setki maili i listów od chłopców i dziewcząt, którzy porzucają organizacje neonazistowskie. Od dziewczyn, które rzucają prostytucję, a nawet od klientów, którzy przestają korzystać z burdeli, po tym jak przeczytali ‘Handlowałem kobietami’. Już dostałem kilka listów od młodych muzułmanów, którzy zaczęli interesować się ruchem terrorystycznym i zdecydowali się to porzucić po przeczytaniu “El Palestino”.

Moje słowa docierają do nich, bo to książka napisana na podstawie najgłębszych doświadczeń, najbliższych obserwacji. Ja żyłem wśród tych ludzi. A żyjąc wśród nich, zaczynasz rozumieć ich motywacje, to co czują. Przecież rozmawiają z tobą bez żadnego udawania. Dopiero wtedy rozumiesz, że całe zło, którego się dopuszczają, nie ma naprawdę żadnego moralnego usprawiedliwienia. Dlatego właśnie myślę, że ten typ dziennikarstwa, uważany za niebezpieczny i ryzykowny, może wywołać duże reperkusje społeczne.

Ale nie myśli Pan podczas śledztwa o swojej rodzinie? Co oni czują? Kontaktuje się Pan z nimi?

Nie. Moi rodzice są do tego przyzwyczajeni. Tak jak są przyzwyczajeni do zmian wyglądu. Nie chcę też, żeby się o mnie martwili, dlatego nigdy nie wiedzą, nad czym dokładnie pracuję, dopóki nie ukaże się książka.

Poczuć w sobie gniew

Skoro hiszpański dziennikarz znał już kulturę Bliskiego Wschodu i dokładnie ułożył scenariusz swojego fikcyjnego życia, to przyszedł czas, aby zaangażować się emocjonalnie – naprawdę poczuć nienawiść, jaką czują dżihadyści. Zdziwiła go łatwość, z jaką przybrana tożsamość zyskiwała mu wśród muzułmańskich braci coraz liczniejszych przyjaciół, którzy nie bali się poruszać przy nim kontrowersyjnych tematów. Przysłuchiwał się więc rozmowom młodych Marokańczyków, którzy opowiadali o europejskiej islamofobii. Słuchałem ich opinii o niezrozumiałej ignorancji Hiszpanii wobec ich religii i kultury, a także skarg na bezwstyd Europejek i maniery Europejczyków – wspomina Salas w książce.

Dla muzułmanów nasze zachowanie wydaje się prymitywne. Według nich, jesteśmy niewychowani i brudni. Często skarżyli się na rzeczy najprostsze – jak na przykład na to, że rzadko myjemy ręce. Salasowi najdziwniejsze wydały się jednak opinie Arabów na temat złego traktowania kobiet w krajach Zachodu. Przytaczali konkretne statystyki. W 2004 roku w Hiszpanii, przez swoich partnerów zostało zabitych ponad 70 kobiet ,w 2005 i 2006 ponad 60. Dla nich był to dowód, że Zachód to barbarzyńska kultura, w której katuje się płeć piękną.

Salasa całkowicie zaskoczył taki punkt widzenia. Przecież to w całej Europie mówi się o złej sytuacji kobiet w krajach Arabskich. Walczy się z burkami i poligamią, a milczy na temat gwałtów, tortur i przemocy domowej na Zachodzie? (…) mieli rację. I to nie wiedząc o setkach tysięcy kobiet prostytuujących się w burdelach wszystkich miast wszystkich zachodnich krajów – pisze dziennikarz.

Zaczął więc dostrzegać również pozytywne strony kosmopolitycznego i nowoczesnego islamu. Jego przedstawiciele to już nie tylko fundamentaliści w turbanach, ale również tacy ludzie jak Zinedine Zidane, Malcolm X czy brytyjski rockman Yusuf Islam, znany wszystkim jako Cat Stevens.

Muzułmanie i muzułmanki z otwartymi ramionami przyjmowali mnie do swoich domów. Przyjęli mnie jak brata. Dzieliłem z nimi łóżko, jedzenie i modlitwę. Pozbyłem się części uprzedzeń do islamu. Nie znalazłem ani spodziewanego fanatyzmu, ani nietolerancji, ani oczywiście barbarzyńskich zabójców, lecz rygorystyczną i konsekwentną wiarę – pisze o swoim wewnętrznym przeistoczeniu Salas.

KolorowePtaki.com: Policjanci, którzy działają pod przykrywką, opowiadają, że po pewnym czasie mają wrażenie, że zdradzają inwigilowanych jak przyjaciół. Pana też dopadały takie myśli, takie wątpliwości?

Antonio Salas: Tak. Kiedy hiszpańska policja zapytała mnie, czy nie mógłbym zeznawać w sądzie w sprawie organizacji neonazistowskiej, którą infiltrowałem, miałem dużo wątpliwości. Ale poczucie winy nie było dobre, bo to tak naprawdę nie byli moi przyjaciele. To byli przyjaciele postaci, którą wymyśliłem dla śledztwa, nie prawdziwej osoby.

Zrozumieć dżihad

Salas musiał zrozumieć też dżihad. Według Koranu, Wielki Dżihad to podążanie ścieżką Boga, czyli starania wewnętrzne, które pozwolą zostać dobrym muzułmaninem. Istnieje też Mały Dżihad. I to właśnie on jest odpowiedzialny za usprawiedliwianie przemocy terrorystów. Dlatego, że dopuszcza walkę zbrojną w obronie islamu. Dziennikarz dowiedział się więc, jak wielu muzułmanów nie popiera i nigdy nie popierało Al-Kaidy i bin Ladena. Głównie dlatego, że ich zdaniem ta organizacja została stworzona na potrzeby CIA i Mosadu, a sam Osama był przez nich opłacany.

Aby poczuć jeszcze większą niechęć do Zachodu, Salas pojechał do Libanu. Tam widział na własne oczy zniszczone w 2006 roku miejsca kultu w Baalbek. Wybudowana w 150 roku naszej ery świątynia Bachusa, czy świątynia Jupitera zostały zrównane z ziemią po nalocie izraelskich samolotów. Antonio Salas wspomina także o grabieżach Zachodnich potęg w Iraku. Z muzeów skradziono tysiące eksponatów. Zbiory pisma klinowego, klejnoty, pieczęcie, materiały archeologiczne. Co ciekawe kilkaset z nich pojawiło się w muzeach w USA.

KolorowePtaki.com: Kim zatem są teraz dla Pana terroryści? Zachód ich zdemonizował, jak twierdził znany włoski dziennikarz Tiziano Terzani, czy są jednak tacy, jakimi widziała ich Oriana Fallaci – agresywnymi i niebezpiecznymi ludźmi, z którymi trzeba walczyć wszelkimi metodami?

Antonio Salas: Myślę, że wszyscy, ja, ty, czytelnicy, robimy rzeczy, które robimy, bo myślimy, że są właściwe w danym momencie. W zależności od okoliczności. Poznałem wielu członków organizacji terrorystycznych z całego świata: z Izraela, Palestyny, Libanu, Europy, Maroka, Syrii, Wenezueli, Kolumbii. Oczywiście oni sami siebie nie określają mianem terrorysty. To logiczne. Nazywają się wyzwolicielami, ruchem oporu lub rewolucjonistami. Terrorystami, natomiast, nazywają Stany Zjednoczone, Europę, Izrael i Hiszpanię.

Czytaj także: Twierdza Donieck

Ale to nie jest problem, który mnie niepokoi. Problemem jest to, że żyłem wśród ludzi, którzy ideologią usprawiedliwiają zabijanie. A zabili mnóstwo ludzi. Nauczyłem się, że kiedy zabijesz pierwszy raz, nie ma już powrotu i musisz usprawiedliwiać zabijanie ideologią, słuszną sprawą, ideałami. To podroż bez powrotu. No chyba, że wyjściem będzie twoja śmierć.

W siedlisku zła

Salas zaczynał od infiltracji południowoamerykańskich terrorystów. Wybrał ten region z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że łatwiej było mu się porozumieć z Wenezuelczykami. Po drugie, dlatego, że zafascynowała go postać wspomnianego już Carlosa Szakala. To głównie dzięki pracy dla niego udało mu się skontaktować z innymi grupami terrorystycznymi. Poznał go dzięki jego bratu Vladimirowi, którego wytropił po kilkumiesięcznym śledztwie.

Później przez kilka lat prowadził stronę internetową Szakala i w jego imieniu publikował propagandowe materiały, pisał na forum i odpowiadał na maile fanów. Carlos odsiadywał w tym czasie karę dożywotniego więzienia we Francji. Najsłynniejszy terrorysta globu współpracował też i jednocześnie pozostawał w dobrych relacjach z Hugo Chavezem i Albertem Chino Cariasem – dowódcą tzw. tupamaros (lewicowa partyzantka w Ameryce Południowej).

Dzięki takim kontaktom, Salas mógł dostać się na szkolenie bojówek wenezuelskich. Tam nauczył się się między innymi konstruowania bomb detonowanych za pomocą telefonu komórkowego, posługiwania się bronią i technik miejskiej guerilli (nielegalne oddziały militarne działające przeciwko reżimowi państwa). Słowem, wszystkiego, co powinien wiedzieć terrorysta. Według doniesień Salasa, w okolicach Caracas są cztery takie obozy: La Guaira, Santa Teresa, Santa Lucia i Filas de Mariche. Szkoli się w nich często setki osób.

Muhammad Abd Allah szkolenie rozpoczął w styczniu 2008 roku. W książce opowiada, że bardzo bał się wziąć w nim udział. Wiedział jak trudno będzie mu uczestniczyć w treningach z ukrytą kamerą. Dotarło do niego także, że jeśli na kilka tygodni zamieszka z Arabami, Peruwiańczykami i Baskami, to na pewno prędzej czy później znajdzie się razem z nimi pod prysznicem. W tym momencie nadszedł czas na obrzezanie. Przyznaję, że zawsze miałem dobre relacje ze swoim penisem, więc pomysł odcięcia mu kawałka skóry, aby dopełnić mojego arabskiego przebrania, nie przypadł go gustu żadnemu z nas – napisał później. Ale dziennikarska pasja wzięła górę i nad tym.

Wiedział, że szczegóły mogą go zdradzić w każdej chwili. A ludzie, z którymi miał do czynienia, nie mieli litości dla takich jak on. Do mniej drastycznych historii, które słyszał, należały opowieści o tym, jak rewolucjoniści Chaveza chcieli, aby jeden ze znanych, bogatych opozycjonistów opuścił Wenezuelę. Pojmali go więc i brutalnie zgwałcili, nagrywając wszystko kamerą. Następnego dnia opozycyjny biznesmen dostał do domu list z kopią filmu na DVD i biletem do Miami. Mieszka tam do dziś.

KolorowePtaki.com: Jak z takim bagażem doświadczeń można wrócić do normalnego życia?

Antonio Salas: Na podstawie moich książek powstały filmy. Podczas kręcenia „Diario de un skin” przez kilka dni asystowałem reżyserowi. Aktor, który grał Antonio Salasa, po wielu dublach podszedł do mnie i powiedział: “Antonio! Nie mogłeś tego zrobić w realnym życiu!” Ja w czasie moich śledztw nie mogę powtarzać scen, jak w filmie. Kiedy masz przy sobie ukrytą kamerę, nie ma drugich szans. Dlaczego musisz żyć jak oni, nie możesz popełnić żadnego błędu.

Kiedy kończy się śledztwo, ale jeszcze nie ukazała się książka, jest czas na transformację. To czas na pomieszkanie w swoim domu, spisanie taśm, redakcję książki, uporządkowanie wszystkich zgromadzonych informacji. To czas, kiedy można trochę zwolnić, wyjść z przebrania, w którym się żyło tyle czasu i wrócić do swojej tożsamości jako dziennikarza. Ale zawsze coś w tobie zostaje z tej osoby, którą się udawało.

Najważniejsze są taśmy

Jednak ani te wewnętrzne zmiany, ani kilka prób porwania, ani bomby podkładane pod jego samochód jeszcze nie zniechęciły go do dalszej pracy. Jak sam przyznaje, zawsze największe obawy budziło w nim, nie to, że zginie, a to, że mógłby stracić wszystkie taśmy z nagraniami. Dlatego zawsze prosi o pomoc swojego dobrego znajomego, którego nazywa imieniem Chicky.

Chicky od lat pracuje dla telewizji, a oprócz tego produkuje narzędzia do nagrywania z ukrycia dla największych agencji detektywistycznych w Hiszpanii oraz dla policji. Kiedy powiedziałem mu, że chcę wwieźć do Izraela sprzęt z ukrytą kamerą, którego nie wykryją graniczne kontrole, usłyszałem, że chyba zwariowałem. Mimo to, Chicky i tym razem pomógł Salasowi.

Do miniDV – czyli cyfrowego urządzenia, które wykorzystuje się na co dzień do nagrywania i odtwarzania filmów czy muzyki, podłączyli mikrokamerę. Tak skonstruowane szpiegowskie narzędzie pracy najpierw próbowali schować w suszarce do włosów. Nie zadziałało. Kamera była tam widoczna niczym pingwin na pustyni – pisze Salas. Spróbowali więc sztuczki z odtwarzaczem CD, ale również się nie udało.

Wysiłki nagrodził sukces, dopiero gdy z aparatu fotograficznego wyjęli kondensator ładujący lampę błyskową. Szpiegowskiego sprzętu nie dało się już wykryć na rentgenie. Przyglądając się bardzo uważnie, można było zauważyć, że jest tam mikrokamera, ale przecież wiele aparatów ma teraz funkcję nagrywania. Nie było to aż tak podejrzane, jak ta sama mikrokamera w suszarce do włosów – kwituje Salas.

KolorowePtaki.com: Po tych wszystkich doświadczeniach zdecydowałby się Pan jeszcze raz na takie śledztwo?

Antonio Salas: Myślę że nie. Z ekonomicznych i psychologicznych powodów. Jestem dziennikarzem freelancerem i nie pracuję dla żadnego konkretnego medium, więc moja wypłata to tyle, ile zarobię na sprzedaży moich książek. Śledztwo nad “El Palestino” trwało bardzo długo. Prowadziłem je w 13 państwach i na 4 kontynentach. Ekonomicznie bardzo mnie to obciążyło. Natomiast psychicznie zdewastowało i bardzo zmęczyło. W końcu żyłem z ludźmi, którzy zabili tyle innych osób. Byłem ich zaufanym człowiekiem, na przykład dla Carlosa Szakala. To śledztwo było dużo cięższe niż poprzednie sprawy. Choć równie traumatyczne, jak to, kiedy zbierałem materiały do ‘Handlowałem kobietami’. Myślę, że już bym tego nie powtórzył.

Koniec Muhammada. Zamach

Można mu wierzyć, bo to nie pierwsze trudne chwile w jego życiu. Jeszcze po zakończeniu inwigilowania mafii handlującej kobietami, dziennikarz zaczął zabijać trudne wspomnienia alkoholem. Tym razem – po śledztwie w sprawie terroryzmu – problem jest jeszcze większy. Salas musiał porzucić plany o jego przedłużaniu, kiedy prawie zginął po kolejnym zamachu bombowym na jego życie.

W Caracas ktoś wysadził samochód dziennikarza. Niedługo później miał składać zeznania w sądzie przeciwko neonazistom, których rozpracowywał wcześniej. Wtedy też na jednym z forów internetowych w internecie, naziści zamieścili post, w którym nawoływali do zabójstwa Salasa. Założyli również specjalne konto w banku, na którym zebrali już tysiące euro na opłacenie płatnego zabójcy.

Pojawiło się niebezpieczeństwo ujawnienia jego tożsamości. Dziennikarz musiał natychmiast przerwać pracę nad inwigilacją terrorystów, by móc ukryć się przed światem. I tym razem szczęście się do niego uśmiechnęło. W Hiszpanii wprowadzono nowe regulacje dotyczące telefonii komórkowej i każdy abonent musiał podać swoje dane. Salas uznał to za wyśmienitą okazję do zerwania kontaktów z Szakalem. To był wspaniały pretekst by zniknąć, bo wszyscy towarzysze terroryści zrozumieją, że nie wyjawię moich danych firmie telefonicznej. Litościwy i współczujący Allah mi to ułatwił – pisze Salas.

Ale do dziś – nawet po porzuceniu muzułmańskiej tożsamości – dziennikarza nigdy nie opuszczają nocne koszmary. Ciągle śni mu się Abu Musab al-Zarkawi, który nocą wkrada się do jego pokoju. Ręką zakrywa usta i pyta: Umiesz się modlić? W kogo wierzysz? Zanim udaje mi się zareagować, przyciska mi ostrze noża do gardła i energicznie przesuwa nim dookoła szyi. Całą scenę widzę w lustrze. Mężczyzna ubrany na czarno, porusza nożem w jedną i w drugą stronę, pogłębiając ranę w szyi i stara się przepiłować mi kark, ciągle pytając: Umiesz się modlić? – opisuje sen Antonio Salas.

KolorowePtaki.com: Co jest najtrudniejsze w powrocie do rzeczywistości?

Antonio Salas: Zmiana rutyny, zmiana sposobu myślenia. Czasem zdarza mi się, że już nie wiem, jak naprawdę wyglądam, bo tyle razy się zmieniałem. Ale najtrudniejsze są zmiany psychiczne. To co nosisz w środku.

Najstraszniejsze są koszmary. Szczególnie te po El Palestino. W końcu przez tyle czasu rozmawiałem z ludźmi pokroju Carlosa Szakala, ludźmi z Hamasu czy ETA. Najgorsze zawsze przychodziło w nocy. Nawet podczas śledztwa. W czasie dnia byłem skupiony na wymianie baterii w kamerze, ukryciu jej, zapamiętywaniu imion, nazwisk, telefonów… Ale nocą nie możesz nic zrobić, jesteś sam na sam z koszmarami.

Piotr Kaszuwara

Dziennikarz. Od wielu lat współpracownik wielu polskich redakcji. Między innymi Polskiego Radia we Wrocławiu, Programu 1, 2 oraz 3 Polskiego Radia, Money.pl, Polsat News i Onet.pl,.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *